wtorek, 24 września 2024

FAJANSIARZE

 

FAJANSIARZE

 

       Kiedy byłem małym chłopcem, mieszkałem w Gołąbkach, willowej dzielnicy Ursusa. No, może willową dzielnicą Gołąbki są dopiero dzisiaj, tak jak wszystkie przedmieścia współczesnej Warszawy obrosłe wspaniałymi rezydencjami. Wtedy była to raczej osada, gdzie zielone ogrody kryły małe jednorodzinne domki. W tamtych czasach dziatwa rzadko dostawała kieszonkowe. Ludzie zajmowali się uczciwą pracą i nie stać ich było na spełnienie wszystkich kaprysów swoich dzieci. Młodzież, aby kupić sobie wymarzoną piłkę lub rower musiała długo oszczędzać, a pieniądze uzyskiwało się dzięki sprzedaży butelek i złomu. O makulaturę było raczej trudno. Z okazji różnych akcji musieliśmy ją taszczyć do szkoły. Dziś takich akcji nikt już nie organizuje. Zostały wyśmiane jako relikt siermiężnego socjalizmu i obecnie tony papieru walają się po śmietnikach, a lasy coraz szybciej znikają z mapy naszego kraju.

        Najłatwiej było o złom. Z pobliskiej fabryki traktorów, wprost na ulice Gołąbek wywożono żużel oraz czarny piach z odlewni, w którym znajdowały się duże ilości okruchów żeliwnych, zepsutych odlewów itp. Ulice, a może raczej drogi, przedstawiały stan straszliwy. Latem, przy byle podmuchu wiatru, unosiły się tumany czarnego pyłu osiadającego wszędzie. Nawet trawa w przydrożnych rowach była czarna. Natomiast w czasie deszczu, samochody grzęzły w czarnej mazi.

        Skup surowców wtórnych znajdował się obok stacji PKP w Ursusie. Wagowym był niski, przygarbiony człowieczek o rozbieganych oczach. Zawsze mu się bardzo śpieszyło. Ważenie złomu czy makulatury odbywało się błyskawicznie, niezależnie od długości kolejki interesantów. Szala wagi nigdy nie zatrzymywała się w poziomie, a odważniki były zawsze lżejsze niż towar.

        Ze swoimi butelkami szedłem z duszą na ramieniu, bo nigdy nie wiedziałem, ile sztuk zostanie mi odliczonych na tzw. stłuczkę. Zazwyczaj wagowy odliczał tylko jedną, ale kiedy był „po spożyciu” stawał się bardziej czepliwy i z kilkunastu butelek potrafił odliczyć nawet trzy sztuki. Dzieciaki przynosiły butelki błyszczące czystością jak kryształ, bez śladu laku i  nigdzie nie wyszczerbione. Starzy, zawodowi fajansiarze przywozili towar dużo gorszy, toteż opuszczaliśmy skup w poczuciu wielkiej krzywdy. W miarę upływu czasu wyrastaliśmy z fajansiarstwa tak, jak wyrastało się z krótkich spodenek. Jedynie zawodowcy trwali w swym fachu latami, obrastając nie tylko rzadko goloną szczeciną na ogorzałych twarzach, ale przede wszystkim legendą.

        Najbardziej znanym fajansiarzem był niejaki Fifi Piórko, który wrósł w krajobraz Ursusa tak, jak Pałac Kultury w Warszawie. Piórko był widziany codziennie w naszym mieście. To był wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w drelichowym ubraniu, zawsze w gumowcach. Zima czy lato, świątek czy piątek Piórko człapał w przydużych gumiakach, z tą jednak różnicą, że zimą nogi owijał gazetami, gdyż jak powiadał: papier trzyma ciepło. W porze zimowej przywdziewał jeszcze drelichowy płaszcz ogumowany i czapkę uszankę, spod której wystawał pokaźnych rozmiarów nochal o pigmentacji wskazującej na wysokie spożycie „lodów”. Dosłownie. Nieraz widziałem jak Piórko po opróżnieniu zawartości musztardówki potężnym zamachem ręki wytrząsał ostatnią kroplę i schylał się zgarniając łapą wielkości łopaty garść śniegu, wkładając go do ust, by zniwelować palenie trunku. Czasami jako zakąska służył mu sopel oderwany z dachu jakiegoś garażu czy komórki.

        Piórko niewątpliwie należał do elity fajansiarzy, gdyż butelki kupował płacąc połowę tej ceny, którą uzyskiwał w skupie. Czasem butelki dostawał gratisowo. Inni fajansiarze szukali flaszek w pojemnikach  na śmiecie wchodząc w konflikt z pracownikami oczyszczania miasta, którzy walczyli bezpardonowo  z konkurencją nazywaną pogardliwie nurkami.

        Zdarzyło się kiedyś, że pracownik  MPO, niejaki Tadek Oliwa, przyłapując  tego samego nurka któryś raz z rzędu na grzebaniu w śmieciach, zamknął nieboraka w pojemniku na śmieci, przygniatając i tak ciężką klapę starym, żelaznym łóżkiem, aby tamten w ciemnościach i cuchnących odpadkach zrozumiał, że recydywa nie popłaca.

        Fifi Piórko, jeśli już zaglądał czasem do śmietnika, to tylko w poszukiwaniu jakiejś interesującej literatury.

        W naszym kołtuńskim społeczeństwie zdarzają się ludzie kupujący książki w celu zapełnienia regału. Do dobrego tonu należy książki mieć. Kiedy tomy pokryły się grubą warstwą kurzu, a ich kartki zżółkły, często lądowały w śmietniku i bywało, że właśnie Piórko stawał się ich pierwszym czytelnikiem. Był bardzo oczytany i może dlatego niektórzy sądzili, że jest człowiekiem wykształconym. Na pewno cechowała go duża kultura osobista. Piórko codziennie zaglądał do barku przy Placu 1000-lecia, znanym wśród miejscowych smakoszy pod nazwą „Raz, dwa, trzy”. Tam właśnie szukał kogoś, z kim mógłby porozmawiać o literaturze i historii.

        Młodszych czytelników chcę uświadomić, że w czasach PRL chuligaństwo było przestępstwem. Ba, w tamtym okropnym okresie chuliganów karano więzieniem i to z całą surowością ówczesnego, nieludzkiego prawa. Dlatego do restauracji, czy takiego przybytku jak „Raz, dwa, trzy” mógł wejść porządny człowiek i napić się piwa bez obawy utraty zdrowia lub życia.

        Filip Piórko potrafił długo wyczekiwać na odpowiedniego kandydata do dyskusji sącząc chrzczone piwo. Kiedy już znalazł oponenta, jego małe, łagodne oczy osadzone w obliczu koloru kwitnącego wrzosu, błyszczały z radości. Podczas gdy zaczynał sypać datami i cytatami, a czynił to jak wytrawny krytyk literacki czy profesor historii, celowo podnosił tubalny, zachrypły głos, aby wszyscy go słyszeli.

        Zdarzało się, że zażarta dyskusja przeciągała się do godzin wieczornych, bo fajansiarz – humanista zapominał o bożym świecie. Przed barkiem stał wózek wypełniony butelkami, ale o swój dobytek Piórko nie musiał się obawiać. Fajansiarskiego wehikułu pilnował Ami, czarny kundel nieopuszczający posterunku nawet na krok. Dopiero kiedy robiło się późno, a Piórko miał już dobrze w czubie, Ami wpadał przez uchylone drzwi do barku i głośno ujadając oznajmiał porę powrotu do domu.

        Fifi Piórko, Ami i wózek. Zgrana trójca, zawsze razem – tak jak boki trójkąta stanowili figurę będącą jedną nierozerwalną całością. Jeśli ktoś  widział sam wózek,  to w pobliżu musiał kręcić się właściciel z psem. Widok zaś samego Piórka świadczył, że niedaleko parkował wózek z czarnym, spasionym kundlem w roli ochroniarza.

        Fifi Piórko, jako niezwykle barwna postać wpisana w folklor robotniczego miasta, całą prozę swojego życia określał często powtarzanym powiedzonkiem: „W upalne lato, czy siarczysty mróz, stary Piórko ciągnie wóz”.

        I tak było w istocie.

        Drugim doskonale znanym fajansiarzem był stary Budyń.

        W przeciwieństwie do Fifi Piórka, nikt nigdy nie widział, aby Budyń czytał jakąś książkę. Nie widziano, aby cokolwiek czytał. Był niski, szczupły, a z przepitych oczu niewiele można było odgadnąć. Być może nie był nikomu znany, gdyby nie wrodzone szczęście jakim los go obdarzył. – No, facet miał niebywały fart – jak mawiano. – Kiedyś trafił w totolotka piątkę, innym razem sporą wygraną na loterii pieniężnej.

        Szczęście nie opuszczało naszego bohatera i na co dzień. Często zdarzało się, że ktoś Budynia zawołał, by ten wyniósł z piwnicy stos butelek. Innym razem znajdował stertę mosiądzu.

        Nikt już nie wie, gdzie Budyń znalazł skarb. Prawdziwy skarb, który jakby czekał na fajansiarza. Otóż, Budyń natknął się gdzieś na rurkę. Starą, zardzewiałą rurę zatkaną z obu stron zatyczkami z drewna. Zdarzało mu się co prawda znajdować wiele rur o różnych przekrojach i wszelkiej długości, które ktoś kiedyś  wyrzucił z racji przeprowadzanego remontu. Ta jednak była stosunkowo krótka i bardzo ciężka: jakby z ołowiu i ołowiem wypełniona. Potrząsnął i … nic nie zagrzechotało! Być może ktoś inny nie zawracałby sobie głowy tym znaleziskiem i szkoda byłoby mu czasu na usuwanie mocno osadzonych kołków, ale nie Budyniowi. On miał czas. Dużo wolnego czasu.

        Kiedy uporał się wreszcie z jedną zatyczką, przechylił rurkę, oczy wyszły mu na wierzch. Oto z rurki wysypały się złote monety pięciorublowe, tzw. świnki. Było tego sporo. Na tyle dużo, aby Budyń „wyparował” z Ursusa na kilka miesięcy. Kiedy wrócił, widać było, że zakupił sobie gdzieś w Polsce koszulę, krawat z gustownym jeleniem, a nawet garnitur i buty. Teraz wyglądał żałośnie: koszulę, że była kiedyś biała, można było poznać po górnej części rękawów. Na krawacie lśniły tłuste plamy po śledziu w oleju i sosach wszelakich. Garnitur, po wypraniu i zacerowaniu mógł służyć nadal jako fajansiarskie ubranie, stanowiąc pamiątkę wesołych hulanek w knajpach Sochaczewa czy Góry Kalwarii.

        Chyba ostatnim ze znanych fajansiarzy był Pieszczoszka. Przydomek ten otrzymał za względu na jego znaną wypowiedź o żonie: „Brudna, bo brudna, ale za to jaka pieszczoszka!”

        Był małym, chudziutkim człowieczkiem, biegającym wzdłuż rowów po rzadko uczęszczanych ulicach, opuszczonych ogrodach, wszędzie tam, gdzie robotnicy z fabryki opijali swoją wypłatę.

        Pieszczoszka bardzo szybkim krokiem przemierzał dziesiątki kilometrów dziennie, pchając stary, dziecinny wózek, którego kółka piszczały niemiłosiernie. Co kilkadziesiąt metrów jedno ze zgrzytających do bólu zębów kółek odpadało. Wtedy biedny chudzina brał kamień do ręki, coś postukał i ruszał dalej, wciąż dalej i tak codziennie od rana do zmierzchu.

 

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

 

MODA NA SAWANNIE

 

MODA  NA  SAWANNIE

 

Rozmawiały raz dwa słonie,

co jest modne w tym sezonie:

- Moim skromnym - wie pan - zdaniem,

w modzie jest …na trąbie granie.

 

Drugi mówi po namyśle:

- Wykreować  mam w zamyśle

wielkie uszy, drogi panie-

będzie modne…wachlowanie!

 

- Ta zapowiedź jest fałszywa -

modna zawsze… piękna grzywa!

Lew zaryczał, król sawanny,

w uczesaniu swym staranny.

By wykazać, że ma rację,

wskazał swoją ondulację.

 

- A ja powiem, proszę pana -

mówi zebra prążkowana -

moda zawsze na pasiaki,

bo to wzór nie byle jaki…

 

Roześmiała się tu hiena:

- taka moda jest w więzieniach!

I…zniknęła za chaszczami,

bo nie lubi nikt tej pani.
 

- Ja zaś twierdzę:- ten ma rację,

kto kreuje wdzięk i grację.

Wszyscy o tym już słyszeli,

że modnisia jest z gazeli.

Modne wszystkie antylopy,

znane z szyku - gnu i topi.

 

Usłyszała to pantera.

- A ja mówię: w modzie teraz

żółte futro, w czarne plamy -

po nim poznać…wielkie damy!

 

- Nie chcę tutaj strzelić gafy -

słychać mądry głos żyrafy.

Wasze trąby, grzywy, różki,

cętki, prążki, zgrabne nóżki -

to przymioty są natury!

Ja, na modę patrzę z góry.

Moda jest wymysłem ludzi,

którym się zwyczajnie nudzi…

 

Cezary Piotr Tarkowski

piątek, 20 września 2024

KONCERT

 

KONCERT

 

           Temat zachowań odbiorców ogromnego huku, wytwarzanego bez powodu i pożytku przez robotników nazywanych IDOLAMI, podejmowali już socjolodzy. Ich mętne tłumaczenia nie wyjaśniają jednak przyczyny, dla której niezrównoważeni psychicznie osobnicy zbierają się do kupy i poddają procesowi trwałego uszkodzenia słuchu. Chorzy nazywani przez socjologów FANAMI są gotowi zapłacić każdą cenę, by pomagać IDOLOM w bezkarnej produkcji barbarzyńskiego hałasu. Pragnę w tym miejscu poinformować, że słowo FAN wywodzi się z łacińskiego FANATICUS – oszalały.

           Kiedy w okolicy gdzie mieszkam rozlepiono afisze zapowiadające popis IDOLI, podjąłem ryzyko osobistego uczestniczenia w imprezie i okresowego przebywania wśród tłumu. Uczyniłem to w celu poddania FANÓW, czyli oszalałych, bezpośredniej obserwacji klinicznej. Nazywanie jednak przeraźliwego ryku koncertem, jest szalbierstwem podobnym do masażu chińskiego kręgosłupa, lub sprzedaży maści na szczury. Koncert bowiem kojarzy się zawsze z muzyką. Treści plakatu nie zrozumiałem, napisy bowiem były zagraniczne. Zespół też wyglądał na zagraniczny, ba, nawet na gości z innej galaktyki. Jednakże IDOLE i FANI porozumiewali się językiem nie wychodzącym poza granice polskich, niekiedy ruskich wulgaryzmów. W parku, gdzie znajduje się muszla koncertowa, zaczęli zbierać się cudacy płci zagadkowej. (To już wynik nowej chazarskiej ideologii gender). Tępe oblicza właścicieli organizmów wypełnionych dopalaczami i innymi substancjami chemicznymi zdradzały POSĘPNICĘ.

             Na wszelki wypadek normalni ludzie (mało tolerancyjni), kończyli spacer i pośpiesznie udawali się do domów. Tylko ci, u których ciekawość zwyciężyła instynkt samozachowawczy zostali, by obejrzeć indywidua, jakich nie sposób nawet znaleźć w muzeum figur woskowych. Na ławce pozostał też miejscowy kloszard, który by zmniejszyć objawy DELIRIUM ALCOHOLICUM, spokojnie spożywał denaturat. Nie interesowało go nic dokoła, poza wytwornym bukietem unoszącym się znad trunku.

            I oto nadszedł czas kataklizmu. Jednocześnie z błyskiem różnokolorowych i silnych świateł (prawdopodobnie ostrzegawczych), rozległ się potężny, przeciągły grzmot. Jakby nad miastem rozszalało się tysiąc burz z gradobiciem. To jeden z „artystów” z przekrwionymi oczami wyrażającymi OBŁĘD, w przybrudzonym podkoszulku, walił co sił w kotły, bębny i talerze. Jako lżejszego stopnia IMBECILLITAS, wykonywał tę prostą czynność do końca. Jednocześnie trzech innych IDOLI, za pomocą gitar, zaczęło wytwarzać ostry hałas, coś jakby cięcie ogromną piłą tarczową, tzw. krajzegą potężnego pnia nabitego gwoździami, z tym, że wielokrotnie głośniej, bo przecież dysponowali potężnymi wzmacniaczami. Ale nagle na widowni rozlega się przeciągły pisk prawdopodobnie FANEK zagłuszający huk silników przelatującego bardzo nisko odrzutowca. Bo oto na scenę wbiega IDOL główny, bożyszcze tłumów. Ubrany jak kat na czerwono, z fioletowo - pomarańczowym kołtunem na głowie, wywołując natężenie SENSORIUM i wzmożone samopoczucie FANÓW, przeradzające się z upływem czasu w STAN KATANONICZNY z podnieceniem psychoruchowym IN PLUS, dający obraz HISTERII KONWERSYJNEJ.

              Potężne głośniki emitują przejmujący wrzask mistrza. Nie wiem czemu obraża się skrzydlate stworzenia, mówiąc o niektórych „ptasie móżdżki”. Przecież ptaki odleciały natychmiast, zostawiając swoje gniazda i dziuple na pastwę ogłuszającego huku, by znaleźć schronienie gdzieś za nieboskłonem. Dostrzegłem też staruszka, który niespodziewanie odzyskał władzę w nogach, odrzucił kule i pomknął na oślep przed siebie, mijając psa, który pierzchał z podkulonym ogonem. Tak wyglądało Jerycho! Tak będzie wyglądał koniec świata?!

             Znowu scena. „Artyści” bez ustanku miotani nagłymi skurczami ciała, łamani w pól przez niewidzialne siły, zaczynają poruszać się po scenie w dziwacznych posuwach i podskokach. Gdyby nie gwałtowne  drgawki i piana na ustach, stwierdziłbym niewątpliwie PLĄSAWICĘ PRZEWLEKŁĄ HUNTINGTONA. Jakby obdzierany ze skóry mistrz wykazywał wszelkie objawy ZESPOŁU SPLĄTANIOWEGO – AMENTII, wyżywając się psychoruchowo. Trzymając oburącz stojak z mikrofonem, biegał po scenie tam i z powrotem, klękał, kładł się i tarzał po deskach estrady, a tłum szalał z podziwu.

             Dopiero teraz dotarło do kloszarda, że park i w zasadzie całą dzielnicę Warszawy nawiedziła klęska żywiołowa. Straszliwy hałas postawił go na nogi. Nagle otrzeźwiał. Uciekając co sił w nogach, gubił torby z puszkami po piwie, łachmany – cały dobytek. Przed „koncertem” obserwowałem kopiec tworzony przez kreta. Teraz przerażone zwierzątko zmieniło kierunek i zaczęło błyskawicznie kopać w kierunku jądra Ziemi.

             Porażający cierpieniem krzyk mistrza łamanego kołem i miotającego wymyślne przekleństwa, zmusił mnie do koncentracji uwagi. Teraz „artysta” w straszliwych konwulsjach tłucze głową w podłogę. Nawet mi się to spodobało. Cóż za ekspresja, jakież poświęcenie dla sztuki!

             Teraz HISTERIA FANÓW przybrała pełen obraz kliniczny ZESPOŁU KATATONICZNEGO w postaci HIPERKINETYCZNEJ. Chorzy na przemian śmieją się i płaczą, skaczą, wyją, tańczą, niszczą wszystko dokoła. A bębnista wali w bębny tak zapalczywie, aż pot zalewa mu czoło. Robi widać na akord.

            Kiedy sparaliżowany i ogłuszony zacząłem rozmyślać o Dniach Ostatnich, dokonał się cud. Stara, głucha jak pień Kabulakowa, która jako jedyna nie uciekła jeszcze z parku, stała na środku alejki uśmiechnięta i powtarzała: „ja słyszę, ja słyszę…”

            W krótkiej przerwie, kiedy IDOLE musieli przepłukać sobie gardła piwskiem i okowitą, zacząłem rozróżniać płeć niektórych FANÓW, bowiem nieszczęsne uczestniczki imprezy podarły na sobie odzież. Spazmatycznie płacząc i piszcząc na przemian, wyrywały sobie włosy, a te ostrzyżone na łyso, drapały pazurami tatuaże. Jedna biedaczka połknęła w afekcie trzy srebrzyste kulki przytwierdzone do języka. Za kilkanaście godzin je odzyska i kulki trafią gdzie były.

            Po przerwie nastąpiła eskalacja huku, wrzasku, łomotu i wycia.

            Muzyka wywołuje w świadomości słuchacza obrazy i fantazje, co jest prawidłową reakcją psychiczną na sztukę. Dlatego oczami wyobraźni widziałem i słyszałem egzekucję Michała Piekarskiego w 1620 r. na rynku Nowego Miasta w Warszawie. Niedoszłego królobójcę szarpano rozpalonymi szczypcami, obdzierano ze skóry, rozrywano końmi. Dopiero po ostatecznym nawleczeniu Azji na pal występ zakończono. Pozostali jeszcze FANI, którzy podnieceni psychoruchowo, w pędzie niszczycielskim zdemolowali park i okolicę. Objawem histerii bywa często mimowolne wydalanie. Ci, którym udało się wstrzymywać do końca, zamienili teraz muszlę koncertową w klozetową.

           Żal mi tylko Kabulakowej.- Nie słyszę, już nic nie słyszę – powtarzała smutno.

 

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

 

 

PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA

  PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA   Jutro ferie już zimowe. Prot ma plan wiec co się zowie. -Co tam szkolne lodowisko- jedzie ko...