środa, 31 lipca 2024

LOKOMOTYWA

 

 LOKOMOTYWA
 

          Miałem jakieś 2,5 roku, kiedy wykiełkowała we mnie nieokiełznana chęć poznania świata. Z naszego podwórka widać było cały Plac Bema. Ratusz, kilka ważnych instytucji, w bezpośredniej bliskości szpital, to sprawiało, że w latach pięćdziesiątych Plac był centralnym punktem Ostrołęki, gdzie skupiało się życie miasteczka. Tutaj też było kilka przystanków, skąd odjeżdżały autobusy na dworzec PKP, do Łomży, Myszyńca, Wyszkowa i dalej. Zaczęło mnie intrygować skąd te autobusy przyjeżdżają. Dokąd jadą ci ludzie z koszami, walizami, tobołkami?

          Nazwy miejscowości jakie słyszałem, brzmiały tajemniczo, a wielokrotnie zasłyszane błagania pasażerów, aby pan kierowca zabrał jeszcze jedną osobę do przepełnionego ponad wszelkie wyobrażenie pojazdu, działało na wyobraźnię. Skoro ci ludzie tak proszą, to znaczy, że są miejsca piękniejsze niż Ostrołęka, a więc warte odwiedzenia!

          W końcu ciekawość zwyciężyła strach przed nieznanym i przepychając się między nogami dorosłych, cichcem wlazłem do autobusu. Nie zwrócił na mnie uwagi ani kierowca, ani konduktor (bo w tamtych czasach bilety sprzedawali w autobusach konduktorzy), ani nikt ze starszych. Autobus ruszył, a ja przez szybę podziwiałem świat. Jazda nie trwała zbyt długo, bo szczęśliwie był to kurs tylko do dworca PKP, który od Ostrołęki jest oddalony kilka kilometrów.  Kiedy wszyscy zaczęli wychodzić, ja wysiadłem z innymi pasażerami i wraz z nimi udałem się do budynku dworcowego, a później wyszedłem na peron, przy którym stał pociąg. Zielone wagony, które wydawały się ogromne, wprawiły mnie w nieopisany zachwyt. Wkrótce podłączono lokomotywę. Była wspaniała. Taka jak ją opisał Tuwim w wierszu wiele razy czytanym mi przez Ojca: „Ciężka, ogromna i pot z niej spływa – tłusta oliwa. Stała i sapała, i żar z jej brzucha – buchał”. Był maszynista z podkręconym wąsem i usmolony palacz dosypujący węgla wprost pod kocioł gigantycznego samowara.

          Stałem i podziwiałem ten wspaniały cud techniki. A najbardziej fascynowały mnie ogromne koła, których obręcze pomalowane były na biało, a coś, co wyglądało na szprychy, lśniło krwistą czerwienią. I jeszcze na kabinie maszynisty – piękny, srebrzysty orzeł na czerwonym tle. Byłem mały, ale widziałem, że jest to godło Polski. Zdetronizowany, bez korony, ale orzeł. (To był czas, kiedy Polacy wychowywali jeszcze dzieci w duchu patriotyzmu. Od maleńka. Każde dziecko znało wtedy wiersz Władysława Bełzy pt. Kto ty jesteś?" zamieszczony w "Katechizmie polskiego dziecka". Dziś już prawie nikt nie wie kim był Bełza, a "Katechizm polskiego dziecka" nie jest drukowany, ponieważ patriotyzm jest zwalczany przez chazarskich okupantów).

          W pewnym momencie dyżurny ruchu w czerwonej czapce dał sygnał odjazdu, a wielki, czarny, stalowy potwór przeciągle zagwizdał i dmuchnął obłokiem pary wielkości cumulusa, w której zniknąłem całkowicie i przez chwilę nic nie było widać. Najpierw przestraszyłem się bardzo, ale jak tylko para rozeszła się po peronie i zniknęła ponad dachem dworca, patrzyłem jak urzeczony. Oto ruszyła machina potężna, ciągnąc sznur wagonów, w których siedzieli szczęśliwcy mogący wyruszyć w świat daleki. Później patrzyłem jeszcze za wagonami wijącymi się jak żmija po zwrotnicach i rozjazdach i wtedy zrodziło się moje pierwsze marzenie, które trwało wiele lat. Zapragnąłem zostać maszynistą.

          W tamtych czasach dworzec PKP w Ostrołęce naprawdę tętnił życiem. Przewijało się przezeń setki ludzi dziennie, bo kolej była podstawowym środkiem lokomocji. Na dworcu był bufet, a w nim dania na gorąco, wódka i piwo kuflowe. Właśnie z tego bufetu wyszło dwóch gości na giętkich już nogach i dostrzegli znacznie młodszego dżentelmena wałęsającego się po dworcu bez żadnej opieki.

          W tym czasie, w Ostrołęce dawno zauważono już moje zniknięcie i wszczęto poszukiwania. Najpierw mama obiegła okoliczne podwórka, wypytywała dzieci, znajomych i kogo się dało – czy mnie ktoś nie widział.

          Słuch o mnie zaginął. Dlatego wkrótce wszczęto alarm i rozpoczęto poszukiwania na szeroką skalę. Ponieważ często widywano mnie przy zatoczce portowej i nad Narwią, przeto po kilku godzinach nieobecności, zaczęto poszukiwać bosakami zwłok w nurtach rzeki.

          Mną tymczasem zaopiekowali się dwaj właściciele nosów, świadczących o obfitym zakąszaniu. Wypytali wszystkich podróżnych na dworcu, czy czasem komuś nie zginął dzieciak. Bo czego jak czego, ale dzieci wtedy nie brakowało. Był powojenny wyż demograficzny i każdy miał  po kilkoro dzieci, a niektórzy bardziej ambitni – tworzyli całe drużyny piłkarskie, więc w dworcowym zgiełku jeden mały zawodnik mógł się zawieruszyć. I chociaż nikt się do mnie nie przyznał, to wkrótce miałem pełne kieszonki pieniędzy i cukierków. A skoro byłem niczyj, to trunkowe, a więc szlachetne dusze, postanowiły mnie nakarmić i odwieść do Ostrołęki na milicję. Tak więc w bufecie wrąbałem gorącą kiełbasę, a moi opiekunowie wypili po kilka piwek, aby brzuchy wyglądały przyzwoicie, tj. trzymały szlacheckich gabarytów. Po tej uczcie wsiedliśmy do autobusu i przyjechaliśmy na Plac Bema.

          Było późne popołudnie. Ja widząc swój dom, zielone ogrodzenie podwórka, poczułem się u siebie i nabrałem odwagi. Panowie chcieli odprowadzić mnie na komendę, a ja widząc, że ciągną mnie w kierunku odwrotnym niż dom, zacząłem wrzeszczeć i się wyrywać. Gryzłem i kopałem. Zrobił się tumult i skądś znalazła się mama, która wyrwała mnie opiekunom. Matce dostała się ostra reprymenda odnośnie pilnowania dzieci, ja wyszedłem z tej przygody bez szwanku i znacznie bogatszy w doświadczenia, a obaj Sarmaci mamrocząc coś pod nosem, powędrowali do pobliskiej restauracji zadbać, aby brzuchy nie straciły nic ze swojej dostojności.

          Później na wiele niewygodnych pytań, odpowiadałem krótko: pojechałem zobaczyć lokomotywę. I to wszystko. Na podwórku zostałem bohaterem, a w Wigilię św. Mikołaj wręczył mi kolejkę z szynami i piękną, nakręcaną lokomotywę. Fakt ten upewnił mnie, iż nie warto trzymać się domu, sukienki mamusi i tak już mi pozostało.

         To było sześćdziesiąt lat temu. Kolej była wspaniałą, potężną instytucją, z której byli dumni nie tylko kolejarze. Dumni byli wszyscy Polacy. Pociągi jeździły często, punktualnie i… szybko. Tak, tak – te stare, romantyczne i niezawodne parowozy ciągnęły szybciej wagony, niż współczesne potężne lokomotywy elektryczne. I bilety były tanie. Bo dziś kolej podzielona jest na spółki. Każda spółka ma swoich prezesów z kominowymi płacami, a ci zastępców. W każdej spółce jest plejada dyrektorów mających również zastępców. Dyrektorzy z kolei mają po kilku pracowników i tym sposobem jest więcej urzędników niż maszynistów i innych ciężko pracujących kolejarzy. Urzędnicy, aby wykazać się, że coś robią, zmieniają stale rozkłady jazdy. Kiedyś rozkłady zmieniano raz w roku, później dwa razy. Teraz codziennie. Co dzień trzeba sprawdzać rozkład w internecie, bo oszukać się można łatwo. Ale żeby chociaż te pociągi jeździły zgodnie z rozkładem! W ubiegłym roku, jadąc z Warszawy do Lublina, pociąg opóźnił się ok. trzech godzin. Totalny burdel. Jadąc gdziekolwiek dalej koleją w Polsce, widać małe zapyziałe stacyjki z peronami zarośniętymi zielskiem, rozpadającymi się budynkami, niebezpiecznymi przejazdami bez dróżników. I coraz mniej połączeń, coraz mniej pociągów, co powoduje, że na kolej trudno liczyć, więc jest coraz mniej pasażerów. A jak nie ma pasażerów, likwidują całe linie kolejowe. Całkowity upadek. Demony władzy zlikwidowały Zakłady Naprawy Taboru Kolejowego, bo lepiej kupić nowe wagony za granicą. Przynajmniej ktoś może wziąć łapówkę od producenta. Tak kupiono pierdolino (jak publicznie, i słusznie nazwała ten twór Bożena Dykiel). Bo przecież kupując polski skład pięciokrotnie taniej, o podobnych parametrach, decydent, lub grupa decydentów nie wybuduje sobie pałaców! Po co zatrudniać polskiego robotnika, skoro lepiej dać zarobić obcemu? Ale o czym tu gadać. Tak jest ze wszystkim. Zbyt wcześnie rozebrano w Polsce szubienice.  
        A ja maszynistą nie zostałem. Szkoda, bo jako pisarz i poeta przymieram głodem i syjonistyczna władza mnie szykanuje jak tylko potrafi, chcąc wykazać, że Polacy nie są narodem twórczym i nadają się tylko do fizycznej pracy. Zawód pisarza jest zarezerwowany jedynie dla Chazarów i tych niby Polaków, którzy wypisują brednie na temat holokaustu, oraz wyrażających bezgraniczne uwielbienie dla rasy panów. 

 

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

 

WŁOSZCZYZNA

 


            WŁOSZCZYZNA

 Kiedyś latem, po deszczyku,

 rozmawiano w warzywniku:

-Ależ pięknie tu wyrosłam!

-Jestem szczupła i wyniosła.

 

Z natki zdrową mam czuprynę,

z czego w kuchni każdej słynę.

Wśród kucharzy chodzą słuchy-

nie ma zupy bez pietruchy!

 

 -Ja też w kuchni jestem znana

i ze zdrowia, aż rumiana.

Choć nie smaczna moja natka,

korzeń marchwi jest w sałatkach.

Jeść marchewkę na surowo,

jest dla wszystkich bardzo zdrowo.

-Mnie z pietruszką też pospołu-  

obierają do rosołu!

 

-Jeśli mowa o rosole,

wtrącić tutaj się pozwolę.

Każdy przyznać będzie skory,

że w rosole ważne pory.

Bo bez pora świeżutkiego,

rosół byłby do niczego!

 

 -Jest to prawda, powiem- szczera,

lecz co zrobią bez selera?

Gdy w rosole seler pływa,

aromatem nas zadziwia.

A gdy już się ugotuję,

 swoim smakiem rozkoszuję!

 

Gospodyni też jest troską,

mieć kapustę zawsze włoską.

-Kiedy rosół jest zbyt tłusty,

dodać dobrze jest kapusty.

Niezbyt smaczne tłuste dania,

a kapusta tłuszczyk wchłania.

-No i smak na lepszy zmieniam-

będzie raj dla podniebienia!

 

Włochy jarzyn są ojczyzną,

zatem zwą nas też włoszczyzną.

Sprowadziła nas tu Bona,

króla Polski- włoska żona.

 

Zygmunt Stary i dworzanie,

mieli odtąd nowe danie.

Tak trafiły też rosoły,

na gościnne polskie stoły.

 

Cezary Piotr Tarkowski

 

czwartek, 25 lipca 2024

SZOFER

 

SZOFER

          Prawie nikt już nie używa tego wyrazu na określenie popularnego dziś zawodu kierowcy. Kiedyś jednak nikt by nie wiedział, kto to jest kierowca. No, ale j. polski ulega ciągłej metamorfozie i bardzo dobrze, że w tym przypadku znaleziono polski odpowiednik dla francuskiego – chauffeur.

          W latach 50-tych ub. w., samochody były rzadkością. Po ulicach Ostrołęki jeździły furmanki, bryczki, czasem przemknęła karetka pogotowia, a trzeba przyznać, że w tamtych bardzo trudnych czasach, pomoc doraźna zorganizowana była wzorowo. Pamiętam pokraczne ambulanse marki Skoda, które dzielnie pokonywały błotniste, pełne wybojów drogi, aby dotrzeć do chorego. Czasem wyjeżdżała straż pożarna, przeważnie za miasto, a trzeba wiedzieć, że pożary były niezwykle groźne, bo zdarzało się, że całe drewniano – słomiane wsie szły z dymem w ciągu kilku godzin.

          W sąsiedztwie mojego domu przy Pl. Bema, pojazdów było najwięcej. Bo i zajezdnia autobusowa PKS, ratusz i szpital w pobliżu. Na naszym podwórku stał traktor Ursus, który trudno było uruchomić, więc czasem bębnił pół dnia pod oknami. Stała również ciężarówka, która wydawała się nam, dzieciakom, pojazdem niezwykłym.

          To był sowiecki samochód z drewnianą szoferką, w której zawsze unosił się niepowtarzalny zapach siedzeń, benzyny, smarów. Pamiętam, że często silnik nie chciał zapalić od rozrusznika i kierowca wkładał od przodu samochodu korbę, którą trzeba było energicznie kręcić, by zbuntowany motor zaskoczył. Ale taka korba służyła nie tylko do zapłonu. Bywała bardzo ważnym argumentem w rozwiązywaniu sporów odnośnie przepisów ruchu drogowego. Użycie korby powodowało zazwyczaj gwałtowne ucięcie sporu i racja należała do szofera zręczniej władającego wspomnianym instrumentem. I tutaj z kurpiowskim kierowcą nikłe szanse mógł mieć jedynie góral z ciupaską, ale wówczas górale do Ostrołęki nie przyjeżdżali.

          Szoferem naszej ciężarówki był pan Gęsik, lubiany w całej Ostrołęce, a przez dzieci wręcz uwielbiany. Gęsika pamiętam jako niezbyt wysokiego człowieka w fikuśnej, ażurowej czapeczce zrobionej mu przez żonę na drutach. Czapeczka zawsze rano była różnokolorowa, a już pod koniec dnia pstrokacizna nikła pod warstewką smaru. Smar szofer czerpał z części zdezelowanej ciężarówki, którą ciągle trzeba było naprawiać, a my – brzdące, przyglądaliśmy się często zmaganiom człowieka, który dokonywał cudów, by maszyna była sprawna. Zadziwiające, ile cierpliwości było w tym zawsze uśmiechniętym człowieku dla maluchów, którym zawsze wyczerpująco odpowiadał na wszystkie pytania i to w sposób na tyle zrozumiały, że ja w wieku przedszkolnym wiedziałem więcej o samochodach niż obecnie. Każda „pomoc” p. Gęsikowi w naprawie pojazdu, kończyła się kąpielą przy użyciu szczoty i praniem ubrań dokładnie wyszmelcowanych smarami. Ale mimo bury w domu, warto było trzymać z p. Gęsikiem, bo po każdej naprawie pojazdu, szofer zabierał nas do kabiny i uczestniczyliśmy w jeździe próbnej. To była frajda!

          Nie ma więc co się dziwić, że marzeniem każdego chłopca było pojechać ciężarówką gdzieś daleko, mknąć po szosie 60 km/h i przez okno szoferki obserwować świat. I kiedyś spotkało mnie to niebywałe szczęście. Ojciec musiał jechać służbowo do Warszawy i coś przywieźć z dyrekcji Zarządu Dróg Wodnych do Ostrołęki. Wiedział, że sprawi synowi nieopisaną radość, więc zabrał mnie ze sobą.

          Trzeba wiedzieć, że p. Gęsik był człowiekiem niezwykłym. Kochał nie tylko ludzi, szczególnie dzieci, ale nade wszystko uwielbiał zwierzęta. Ponoć nigdy nie potrącił żadnego zwierzaka. Przez każdą wieś jechał powoli, aby pod koła nie wpadła mu gęś albo kura, a przed psem lub kotem gwałtownie hamował. Ba, kiedy zobaczył wałęsającego się psa, też zatrzymywał ciężarówkę. Musiał czworonoga pogłaskać, nakarmić, dopiero gotowy był do dalszej podróży. Dlatego sam bywał często głodny, bo kanapki robione na drogę przez żonę, najczęściej zjadały szoferowi zwierzęta, z którymi p. Gęsik musiał się zaprzyjaźnić.

          W drogę wyruszyliśmy bardzo wcześnie i około południa byliśmy już gdzieś między Różanem a Pułtuskiem. Po drodze wszystkie psy były nakarmione, szofer nie miał już ani jednej kanapki, mógł więc zająć się sumiennie prowadzeniem ciężarówki.

          W tamtych czasach ruch był tak mały, że co kilkanaście minut mijaliśmy się z  innym autem. W pewnym momencie ujrzeliśmy w oddali na szosie dwa punkty. Po minucie wiadomo było, że obok siebie, równolegle jadą dwie furmanki. Jedna poruszała się prawidłowo prawą stroną, a druga jechała lewą stroną szosy przeznaczonej dla pojazdów nadjeżdżających z przeciwka. Na kozłach siedzieli dwaj chłopi i dyskutowali  o czymś, gestykulując jak spożywcy makaronu z dalekiej Italii. Furmanki zbliżały się. W pewnym momencie ojciec się odezwał: - Panie Gęsik, zwolnij pan, bo się między tymi furmankami nie zmieścimy!

          Gęsik poprawił swoją czapeczkę i spokojnie odparł: - Zmieścimy się panie kierowniku, zmieścimy. A na poparcie swoich słów nacisnął klakson i przeciągle zatrąbił. Woźnice rozjechali się ociupinę na boki, ale każdy uważał, żeby nie zjechać na pobocze, bo po piasku ciężko koniom ciągnąć wóz na drewnianych kołach o żelaznych obręczach.

          - Hamuj pan do jasnej cholery, bo się nie zmieścimy!

          - Zmieścimy się, zmieścimy…

          I nagle Gęsik zaczął rzeczywiście hamować, ale nie wiele to dało. Usłyszeliśmy huk i trzask łamanych desek. Jeden z chłopków spadł z kozła do jednego rowu, drugi do rowu po przeciwnej stronie  szosy. Konie z rozbitych furmanek jakoś wyzuły się z uprzęży i pognały jak oszalałe w pola, a jedno z urwanych kół pobrzękując metalicznie żelazną obręczą, potoczyło się prosto szosą w kierunku Pułtuska.

          Kiedy szofer zatrzymał ciężarówkę, obaj chłopi pozbierali się już i wstali mocno ściskając baty w łapskach. Zanim ojciec zdążył zareagować, Gęsik chwycił owe stalowe urządzenie będące częścią mechanizmu dźwigowego, przystosowane do ruchu obrotowego dookoła osi, nazywane korbą... i wyskoczył z szoferki.

          Teraz w mgnieniu oka człowiek kochający ludzi i zwierzęta stał się nieustraszonym bojownikiem i jak gladiator mający do wyboru: umrzeć lub zwyciężyć, bez namysłu przypuścił atak na chłopka, który stał bliżej.

          I wtedy stała się rzecz nie do uwierzenia: chłopi mając oprócz batów w arsenale jeszcze orczyki i kłonice, porzucili baty i rzucili się do panicznej ucieczki, gnając przez kartofliska i łany kwitnącej koniczyny, hen daleko, nie oglądając się za siebie.

          Teraz, dojechaliśmy już szczęśliwie do Warszawy.

          Później, po wielu latach analizowałem zachowanie uczestników opisanego wydarzenia. Doszedłem do wniosku, że tylko dzięki położeniu geograficznemu miejsca wypadku, udało się uniknąć większej draki. Pod Pułtuskiem bowiem mieszka lud może nie dorównujący walecznością Kurpiom, ale za to mający lepszy charakter w nogach. Gdyby jednak licho pokusiło ich, aby stawić czoła szoferowi z Kurpiowszczyzny – oj, mogłoby skończyć się gorzej. Bo jak Kurpsiowi złamać palec? Uderzyć go w nos!

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

 

PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA

  PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA   Jutro ferie już zimowe. Prot ma plan wiec co się zowie. -Co tam szkolne lodowisko- jedzie ko...