KOT PROT W LUNAPARKU
Wyszedł Prot na spacer z
chaty,
ujrzał w mieście wnet
plakaty.
Są na słupach i na
płotach
i aż w oczy kłują Prota.
Siadł na skwerku, afisz
czyta
i ze szczęścia drży mu
kita.
Dziś ma powód do radości,
bo lunapark w mieście
gości.
Są tam cztery karuzele
i atrakcji innych wiele:
a więc auta elektryczne,
krzywe lustra są
magiczne,
salon śmiechu, zamek
duchów
i zjeżdżalnia dla maluchów.
A najbardziej go
zachwyca,
że dla zuchów jest
strzelnica.
W biegach Prot jest
doskonały,
pędzi zatem lotem strzały
do swej chaty po monety,
by móc płacić za bilety.
Chwilę później, wprost z
ulicy –
stoi Prot już przy
strzelnicy.
Strzelec może tu
wybierać,
w jaki cel wnet będzie
strzelać.
Złość we wzroku Prota
płonie,
co też widać po ogonie –
bo gdy kot się denerwuje,
ogon drga, aż podskakuje.
Chciałby rudy zabijaka
do żywego strzelić ptaka.
Na myśl samą ślinkę łyka,
lecz odwaga szybko znika.
Naszło bowiem go
wspomnienie,
jak to ledwo uszedł z
tchnieniem,
gdy kominem po kryjomu –
wlazł do kotki w cudzym
domu.
Opuściły zatem Prota
złe zamiary i głupota.
- Chyba najpierw mi
wystarczy
do okrągłej strzelać
tarczy!
Jeśli w środek ktoś
wymierzy,
to nagroda się należy.
A tych nagród na
strzelnicy
Prot nie umie nawet
zliczyć.
Wybór jest nie byle jaki:
są maskotki i lizaki,
i piłeczki, i balony;
dla łasuchów są batony.
A gdy strzelec celu nie
ma –
to nagrody pocieszenia.
Chcąc być strzelcem
doskonałym,
Prot zapłacił za trzy
strzały.
Choć z emocji drżą mu
nogi,
wygląd ma niezwykle
srogi.
Dopingują go kibice,
którzy przyszli na
strzelnicę.
Każdy teraz przygaduje –
jak najlepiej się celuje.
Jeden nawet tu mądrala
wszystkim wokół się
przechwala,
że on celem swym
zachwyca,
bo odstrzelił… część
księżyca.
- Nie przesadzam ja z tym
wcale –
księżyc będzie dziś
rogalem!
Już do strzału Prot się
składa –
cel w dziesiątkę
zapowiada.
Wąs podkręca, długo
mierzy,
jak ten wiarus wśród
żołnierzy.
Wszyscy oddech wnet
wstrzymali.
- Trach, bach trach! –
Padły strzały.
- Pudło!
Słychać wokół jęk zawodu.
- Tyle robił kot zachodu,
a nie trafił nawet w
tarczę!
Okulary mu dostarczę.
Prot jest bardzo
zawstydzony,
bo kpią z niego nawet
wrony.
- Chyba zeza ma ten kot,
on nie trafi kulą w płot!
Prot się zmieszał jawną
drwiną,
lecz nadrabia dziarską
miną.
Oj, naraził kocią dumę,
zatem zniknął szybko w
tłumie.
Teraz z dala od
strzelnicy
na rozrywkę dobrą liczy.
- Będzie pewnie bardzo
fajnie,
gdy odwiedzę tu
zjeżdżalnię!
Toteż żwawo prosto
zmierza,
gdzie wysoka stoi wieża.
Kupił bilet, wszedł na
górę,
teraz patrzy w wielką
rurę.
Dalej nie wie, co ma
robić.
- Czy tą rurą trzeba
schodzić?
Patrzy zatem na
chłopczyka,
który wnet w czeluści
znika.
Z rury słychać pisk,
chichoty –
znaczy: zjeżdżać mogą
koty!
Prot więc tyłem i z
ostrożna –
bo inaczej wszak nie
można,
wyciągając swe pazury,
wlazł do bardzo krętej
rury.
Takie śliskie tu podłoże,
że utrzymać się nie może.
W miejscu już śmigają
łapki,
Prot chce wyrwać się z
pułapki,
lecz wysiłki idą na nic –
wciąga Prota do otchłani.
Raptem w jednym snadź
momencie
Prot się znalazł na
zakręcie.
Tu ogonem chce hamować,
lecz zakrętów trud
zrachować.
Sunie w dół jak
błyskawica,
ale ślizg go nie
zachwyca.
Prot jest raczej
przerażony;
chciałby w rurę wbić swe
szpony,
lecz pazury swe przecenia
–
brak im punktu
zaczepienia.
- Miaaau!
Jeśli mam być tutaj
szczery –
to nie miauk, lecz ryk
pantery!
Wreszcie spadł na
materace
i z radości teraz skacze.
Tu odwagą nie zaświecił –
śmieją się już z Prota
dzieci.
- Muszę zacząć działać
śmielej,
pójdę więc na karuzelę.
Karuzela za dwa złote –
mam pokręcić się ochotę!
Zaraz Prot z fantazją
wielką,
wskoczył żwawo na
krzesełko.
Pan mu każe spiąć
łańcuszek,
a Prot na to: - Ja nie
muszę!
Roli więc zabezpieczenia
nie chce wcale kot
doceniać.
Powiem krótko: - To
głupota,
więc nie bierzcie wzoru z
Prota!
Wtem ruszyła ta machina,
w kółko kręcić się
zaczyna.
Najpierw coś w niej
zaskrzypiało,
później masą ociężałą,
kręcąc w miejscu się jak
fryga –
coraz śmielej w kółko
śmiga.
Zrazu fajne jest
odczucie,
nawet Prot już zaczął
mruczeć,
ale wielka karuzela
wciąż prędkości swej
nabiera.
Coraz wyżej, szybciej, w koło
–
wszystkim dzieciom jest
wesoło.
Pęd powietrza jest tak
wielki,
że Prot gubi z futra
pchełki.
Wiatr dzieciakom świszcze
w uszach,
lecz dla Prota – to
katusza.
Coraz gorzej kot się
czuje,
bo mu w łebku świat
wiruje.
Obraz szybko mu się
zmienia
i już nie wie, gdzie jest
ziemia;
odśrodkowa siła wielka –
chce wyrzucić go z
krzesełka.
Wtem jak z procy
wystrzelony,
poszybował między wrony.
Frajda to nie byle jaka,
świat oglądać z lotu
ptaka!
Fajne takie jest latanie,
gorzej jednak z
lądowaniem.
Niekoniecznie z własnej
woli
do ruchomej wpadł
gondoli.
Tu siedziała z dziećmi
pani –
starsza dama w roli
niani.
Widząc Prota, jak nie
wrzaśnie:
- Diabeł! Diabeł tu wpadł
właśnie!
Prot spadł z nieba
najeżony,
stąd reakcja tej matrony.
Nie dziw wcale kobiecinie
–
na diabelskim wszak jest
młynie.
Młyn diabelski – wielkie
koło –
dzieciom na nim jest
wesoło;
jazda na dół i do góry,
pod samiuśkie niemal
chmury.
Prot wygodnie sobie siadł
i jest z jazdy bardzo
rad.
Lecz na jazdę tę,
niestety,
trzeba ważne mieć bilety,
a Prot całkiem mimo woli
jest na gapę w tej
gondoli.
Pomocnikiem biletera
będzie groźny piesek
teraz.
On usłyszał, że ktoś
krzyczał
na rudego gapowicza.
Kundel Dziamgot nie
daruje,
gdy ktoś firmę oszukuje.
Jeszcze młyn jest na
obrotach,
a on czeka już na kota.
Prot więc widzi: nie
przelewki,
bo ten pies jest bardzo
krewki –
wielki, silny, zawsze zły
i na niego szczerzy kły.
Prot nie traci jednak
głowy
i już pomysł ma gotowy.
- Gdy gondola będzie w
dole –
wtedy hyc i chodu w pole!
Co pomyślał, to i zrobił
–
w sprincie rekord świata
pobił.
Kto miał stracha, ten
zrozumie,
jak Prot szybko zniknął w
tłumie.
Teraz poczuł się
bezpiecznie
i przed budką stanął
grzecznie,
gdzie wnet kupił sobie
loda,
lecz znów czeka go
przygoda.
Za tą budką, gdzie są
lody,
jeżdżą małe samochody.
Elektryczne to pojazdy,
a kierować może każdy.
Autek Prot nasz nie
przeoczył
i z radości aż
podskoczył.
Zawsze marzył o tej
frajdzie,
aby pędzić jak na
rajdzie.
Pies tymczasem nie
darował
i po śladach powędrował.
Czując kota świeży trop,
w mig wypatrzył, gdzie
jest Prot.
Już złe psisko swoje
ślepia
z nienawiścią w Prota
wlepia.
- Dajcie auto,
kierownicę,
to rudego kota schwycę!
Będzie sporo z tym
zachodu –
brak wolnego samochodu.
Pies szleje i się miota –
wrogiem jest każdego
kota.
Pretekst znalazł
oczywisty,
zatem rolę gra służbisty.
Wtargnął między
samochody,
bo z tym Protem nie ma
zgody.
Wśród aut biega pies
piechotą
i wymyśla wszystkim
kotom.
Raptem wpadł pod auto
Prota,
że aż zderzak
zachrobotał.
Nienawiścią zaślepiony,
łapy włożył pod opony,
a Prot widząc samobójcę,
w mig posłużył się
hamulcem.
Zamknął przy tym psa w
pułapce,
kołem stając mu na łapce.
Narząd ruchu
przygnieciony –
pies jest całkiem
uwięziony.
Warczy, wyje i się miota,
i przeklina znowu Prota;
a ze złości niezmierzonej
wściekle gryzie pies
oponę.
Dziamgot głupszy jest od
owcy –
nie docenił więc
kierowcy.
Prot tymczasem hyc przez
siatkę
i oddalił się ukradkiem.
Teraz w długą wszedł
alejkę
i zobaczył tam kolejkę.
To ogonek po bilety,
by móc zwiedzić gabinety:
jeden strachu, drugi
śmiechu,
co Prot zrobi bez
pośpiechu.
Prot, choć z psem miał
wiele zdarzeń,
nadal szuka mocnych
wrażeń.
Zaczął zatem od salonu,
gdzie moc duchów i
demonów;
gdzie potworne są potwory
i wampiry, i upiory.
Strach smok sieje
siedmiogłowy
i ogromny wąż gumowy.
Wszystko sztuczne,
mechaniczne,
napędzane elektrycznie.
Prot ma ubaw tu po pachy
–
nie dla kota takie
strachy…
Ale co to? Są tu knieje,
a z tych kniei grozą
zieje.
Zwierz tu jakiś bardzo
zły –
paszcza jego szczerzy
kły.
Szczęki się rozwarły
strasznie –
to Dziamgota paszcza
właśnie!
Widok pyska jest
złowrogi,
przerażony Prot więc w
nogi!
Już ucieka kot panicznie,
tam gdzie lustra są
magiczne.
Teraz tak w psie kipi
gniew,
że się polać może krew.
Dziamgot pieni się z
wściekłości:
- Porachuję twoje kości!
Prot ucieka, a pies za
nim –
już są między
zwierciadłami.
Biegać raczej tu nie
można,
zaczął stąpać Prot z
ostrożna.
Pies powoli również
kroczy,
nagle w lustrach… koty
zoczył.
W dwóch zwierciadłach,
dwa odbicia:
w jednym stoi mała kicia,
w drugim widać głowę
Prota,
ale nie ma reszty kota.
Właściwego Prota nie ma…
Wtem pies pisnął z przerażenia,
bo też w trzecim z tych
lusterek
ma posturę jak ratlerek,
a z czwartego tam
lusterka –
rudy olbrzym na psa
zerka.
Nagle bestia ta ożyła,
bo swe kudły najeżyła,
a z wielkiego, złego
pyska –
przeogromne lśnią
zębiska.
Dzika bestia, pręgowana,
jakby była skądś psu
znana,
lecz lustrzane gabinety –
wprowadzają w błąd,
niestety.
Jedna myśl się kręci w
koło:
- chyba tygrys uciekł z
zoo!
W lustrze ratler, mała
psinka,
przy tygrysie – jak
kruszynka.
Wtem miauk kota psa
zaskoczył,
a strach miewa – wielkie
oczy:
więc nie miauk ten pies
usłyszał,
lecz doniosły… ryk
tygrysa.
Ani chwili pies nie
zwleka
i na oślep precz ucieka.
Nagle palnął łbem w
zwierciadło,
które z hukiem się
rozpadło.
Ile luster stłukł – nie
zliczę,
takiej uległ pies panice.
Kończy się historia ta –
wokół było pełno szkła.
Długo lizał pies swe rany
–
tak to bywa z łobuzami.
Dość też było i Protowi,
więc się udał ku domowi.
Teraz marzy to kocisko,
aby posłać legowisko.
Dziś nas bawił, z tej
przyczyny –
dobrej nocy mu życzymy…
Przygód Prota to nie
koniec –
kto nie wierzy, ten jest
dzwoniec;
bo przygody tego kotka
co dzień skreślam w kilku
zwrotkach.
- Niech następna więc
książeczka
do każdego trafi dziecka!
Nie zapomnę także wcale
dla was dzieci o morale:
- Kto wrogością wściekłą
zieje,
temu zawsze źle się
dzieje!
Cezary Piotr
Tarkowski