sobota, 31 sierpnia 2024

DOKTOR JEZIOREK

 

DOKTOR JEZIOREK
 

          Wiele osób zarzuca mi, że wspominając dzieciństwo, młodość i późniejszy żywot, często fantazjuję i łżę jak najęty. Niedowiarkom odpowiadam tak: Za pisanie nikt mi nie płaci. Jako półgłówek od młodego wieku, piszę dla Was za darmo. Fantazjowanie, to ciężka praca, więc za darmo zmyślajcie sobie sami. A najbardziej fantastyczne i humorystyczne historie zdarzają się właśnie w życiu.

          Życie zaczęło mnie doświadczać za czasów schyłkowego Gomułki, kiedy z dobrymi wynikami ukończyłem szkołę podstawową. Doskonale zdałem egzaminy do technikum w Białymstoku, skąd wkrótce zostałem wyrzucony na zbity pysk. Celowo się podłożyłem, bo krew nie woda, a w domu zostawiłem ukochaną, zawód melioranta darzyłem nieopisanym wstrętem płynącym z głębi serca, a jeszcze bardziej nienawidziłem szkoły, w której nie było dziewcząt. Liceum to co innego!

          Podobny los spotkał Wojtka Kociszewskiego, z którym kończyłem podstawówkę. Obaj spotkaliśmy się w I klasie liceum im. Leona Kruczkowskiego w Ursusie, gdzie jak myśleliśmy – czeka nas błogość pobierania nauk w sposób radosny i wielce beztroski. Oj, myliliśmy się bardzo. Od początku nauczyciele patrzyli na nas spode łba, jako na drugorocznych głąbów, a i podpadliśmy już na początku roku. Kociszewski obił gębę koledze z najstarszej klasy, a ja strzeliłem z gumki papierowym haczykiem w oko, którego właścicielką była Walera, nasza polonistka. To był zwykły wypadek, bo celowałem w durny łeb Rajtuza. Nie miałem przecież złych intencji, ale nie uznano tego za okoliczność łagodzącą.

          Na domiar złego do szkoły przyszła matka Kocura i naskarżyła, że zrobiliśmy 50 litrów wina z jabłek i gąsior zamknęliśmy w jednym z piwnicznych pomieszczeń, do którego Wojtuś nie chce oddać klucza. Wyniki w nauce też nie były imponujące, ale to nie z naszej winy. Do szkoły nosiliśmy dębowy kuferek, do którego nie mieściły się wszystkie podręczniki i zeszyty. Zatem zgodnie z wpajaną w nas komunistyczną doktryną o wspólnej własności, wszystko mieliśmy wspólne. Kiedy Kocur dostawał z odpowiedzi dwóję, to dostawał dwóję i nikt nie wnosił zażalenia. Ale kiedy z wypracowania dostawaliśmy czwórkę, to ponieważ praca była wspólna i we wspólnym zeszycie, więc ocenę dzielono na nas dwóch i też dostawaliśmy po dwójce. Oto klasyczny szkolny przykład komunistycznej sprawiedliwości!

          Nasza kariera naukowa w Liceum im. Kruczkowskiego, nie zapowiadała się różowo. Dlatego pan dyrektor wezwał nas któregoś poranka przed swoje oblicze, nakazał kategorycznie pojechać do Pruszkowa i w jednej z przychodni odnaleźć doktora Jeziorka. Wybitny ten specjalista ma nas dokładnie zbadać, dlaczego nie chcemy się uczyć i czemu tak kurczowo trzymamy się I klasy, że postanowiliśmy w niej pozostać po raz trzeci. Dostaliśmy pieniądze na bilety kolejowe i dyrektorskie błogosławieństwo z zapewnieniem, że bez diagnozy na piśmie nie mamy po co pokazywać się w szkole.

          To nie było takie straszne. Ale pobledliśmy, kiedy p. dyrektor zarekwirował nasz sławetny drewniany kuferek z pięknym, rzeźbionym lwem na wieku. Kuferek miał pozostać w dyrektorskim gabinecie jako depozyt, abyśmy nie musieli go nosić w obcym mieście. Klęska. W kuferku bowiem były nie tylko papierosy. Te zresztą można zawsze kupić, ale znajdował się tam piękny, kolorowy magazyn, z trudem przemycony zza „żelaznej kurtyny”. Już z okładki uśmiechała się śliczna blondynka ubrana tylko w szpilki i… makijaż. A co było w środku!

          Dzisiaj takie magazyny są powszechnie dostępne, można je nabyć w każdym kiosku. W tamtych jednak czasach był to skarb osiągany jedynie przez nielicznych i za duże pieniądze. Za pokazanie paru dziewczyn, zawsze mieliśmy ściągi, prace domowe, a przede wszystkim uznanie i szacunek wśród chłopaków całej szkoły!

          - Panie dyrektorze, tu są nasze pomoce naukowe, a my chcemy podczas podróży się uczyć – wybełkotał ze łzami w oczach Kociszewski.

          To oświadczenie nie było tak zaskakujące, co głupie, bo pociąg z Ursusa do Pruszkowa jedzie aż… 10 minut. W końcu to tylko dwie stacje. Przychodnię też znaleźliśmy, bo nie jest tak daleko od dworca PKP. Tylko, że w tej przychodni, nikt nie znał doktora Jeziorka. No ale po długim tłumaczeniu, że doktor musi nas zbadać – dlaczego nie chcemy się uczyć, skierowano nas do specjalistycznej przychodni szkolno – wychowawczej. Tam przyjęła nas jakaś młoda psycholog i dusząc się ze śmiechu oznajmiła, iż doktorem Jeziorkiem nie jest. Skierowała nas za to do Przychodni Zdrowia Psychicznego.

          Tam z powrotem chcieli nas odesłać do przychodni, z której przyszliśmy, ale uparliśmy się na dr Jeziorka i tyle. Psychiatra patrzył na nas bardzo podejrzliwym wzrokiem, wreszcie dał nam skierowanie do szpitala psychiatrycznego w Tworkach, gdzie właśnie miał leczyć dr Jeziorek, a nawet sam Freud, bywający też Napoleonem.

          Jedną stację kolejki WKD przeszliśmy pieszo. Z izby przyjęć trafiliśmy do tłustego medyka o wyglądzie dobrodusznym. Zajął się nami poważnie, popukał nawet młotkiem w kolano. Mówił cicho, spokojnie i łagodnie. Stwierdził erotomanię, początkowe stadium alkoholizmu (Wojtek całkiem niepotrzebnie opowiadał o pornosie i naszym gąsiorku) i coś jeszcze bardziej poważnego. Do leczenia zamkniętego nas jeszcze nie zakwalifikował, ale stwierdził, iż jesteśmy na dobrej drodze.

          Pan doktor wszystko dokładnie zapisał, karty chorobowe włożył do dużej, szarej koperty, kopertę zakleił i kazał zanieść do… doktora Jeziorka. Dr Jeziorek przyjmuje w przychodni na Żbikowie – powiedział.

          - Rany gościa!

          Tu pragnę oświecić Czytelników słabszych z geografii, że Żbików jest dzielnicą Pruszkowa, zaś sam Pruszków był wtedy czterdziestotysięcznym miastem i dość rozległym, z fatalną komunikacją, a w tamtych czasach z jej brakiem.

          Poszliśmy.

          Wreszcie tu, uśmiechająca się tajemniczo rejestratorka oświadczyła, że doktor nie może się nas doczekać. Fakt, zrobiło się już dość późno. Nieśmiało weszliśmy do gabinetu zmęczeni i wygłodzeni. Myśleliśmy, że będziemy mogli usiąść. Ale nie. Lekarz, widać że w doskonałym humorze, ze śpiewnym wileńskim akcentem zadał rutynowe pytanie: - I co was młodzieńcy do mnie sprowadza?

          - Pan dyrektor nas wysłał, aby pan doktor nas zbadał, dlaczego nie chcemy się uczyć i z jakiej przyczyny chcemy zostać trzeci rok w pierwszej klasie – odpowiedzieliśmy jednocześnie, tworząc niezły duet.

          - Aaaaa… - Na moje oko, to wydajecie się na tyle zdrowi, że krowy paść możecie. Ale przede wszystkim, to ja nie jestem doktor Jeziorek, tylko Bajorek!

          - Ale pan dyrektor podał nam takie…

          - Co pan dyrektor wam podał, to ja wiem – przerwał doktor Bajorek. Zresztą muszę do niego zadzwonić… I zadzwonił.

          - Słuchaj Józek, przyszło do mnie dwóch tumanów i pytają – uważaj – dlaczego nie chce im się uczyć! – A niby co – ja jestem wróżką jaką, czy co?

            No cóż, jakoś zdaliśmy. Nawet udało nam się zdać maturę i iść dalej. Oj, ciężkie jest życie sztubaka.
 

Dyżurny Psychiatra Kraju

Cezary Piotr Tarkowski

  

CZERWONY KAPTUREK

 

    CZERWONY  KAPTUREK

 

Wśród Bieszczad kniei, opodal Zagórza,

odwiedźcie Poraż. To wioska nieduża.

Tu ja wam powiem, bo o tym nie wiecie-

sioło to znane w caluśkim powiecie.

 

Przysiółek, wierzcie- jest całkiem prawdziwy,

a znany z tego, że robią zeń zgrywy.

Z Poraża również, jak wszędzie z Wąchocka,

kpi się w Bieszczadach, ja proszę panocka.

 

Właśnie w Porażu, wśród lasów i górek,

mieszka do dzisiaj Czerwony Kapturek.

Teraz ta dama jest bardzo sędziwa,

lecz była w swym życiu bardzo szczęśliwa.

 

Szczęście niewiasty i jej powodzenie,

daje wszak miejsce, gdzie jest przyrodzenie.

Punkcik wspaniały odkryła w swym kroczku,

gdy raz w kołysce, usiadła na smoczku.

 

Szybko się uczy Czerwony Kapturek-

smoka trza possać, nim włoży się w dziurę.

Również spostrzegła, co robić paluszkiem,

gdy rączka trafi pod miękką pieluszkę.

 

Szybko dorastał Kapturek Czerwony,

Choć w czas komuny, był człek zniewolony.

Długo szalała komuna "zbrodnicza",

lecz kilka jej zalet, żwawo wyliczam:

Czynsz był malutki i niskie opłaty,

a na wsiach lekarz, sam przyszedł do chaty.

Mieszkania dawali ludziom komuchy

i syte mieli mieszczuchy swe brzuchy.

Człowiek bezdomny był zwykle kosmitą

i każdy robotę miał należytą.

Do tego wczasy, kolonie dla dzieci

i nikt nie pękał, że z pracy wyleci.

 

Lecz lud w Polsce nie był zadowolony,

bo musiał pokochać kolor czerwony.

Więc kiedy był pochód pierwszomajowy,

w krawacie członek miał iść karminowym.

Członkowie partii, bo o nich tu mowa,

a ogół członków- to Polska Ludowa!

 

Tatko dziewczynki był gminnym działaczem,

kazał jej uszyć czerwony kubraczek;

do tego kaptur czerwony- aż miło

i od tej pory tak dziewczę chodziło.

 

Rósł jak na drożdżach Czerwony Kapturek,

choć jak wspomniałem, to czasy ponure.

 

Mama raz mówi:-Kapturku mój mały,

masz tu koszyczek, a w nim wiktuały.

Jest więc masełko, drożdżowe ciasteczka,

pół litra bimbru i pszenna bułeczka.

-Biegnij do babci, bo babcia słabuje,

pewnie ma kaca, źle zatem się czuje.

 

Włożyło dziewczę swój kaptur czerwony,

jest już na drodze i mija wsi domy.

Biegnie Kapturek w kierunku Rzepedzi,

a na ścieżynie, kudłaty wilk siedzi.

 

Wita się grzecznie i bije pokłony-

kłaniam się nisko, Kapturku Czerwony!

 

-Ach witam wilku, cóż robisz mój kumie?

-Pewnie się nudzisz- jak dobrze rozumiem?!

Na widok kiecki, wilk aż się zaślinił,

lecz widząc drwali jej krzywdy nie czynił.

Niby coś warknął, do siebie coś gada

i Kapturkowi tak odpowiada:

-Przechodzę ja sobie przez połoninę,

konsumpcji bym poddał jakaś dziewczynę.

Bo widzisz Kapturku Czerwony,

ostatnio ja jestem dość wyposzczony!

- Choć sama jesteś snadź cud smakołykiem,

to ja się pytam:-a gdzie z tym koszykiem?

 

Zajrzała w ślepia chytrego basiora-

idę do babci, bo babcia jest chora!

 

-A gdzież to mieszka twa babcia – kochanie?

 

-W lesie za młynem ma swoje mieszkanie!

 

Pobiegł wilk truchtem, do babcinej chaty,

dziewczę szło wolno i jakby na raty.

Zebrać garść jagód, dla małej to chwila,

a na polanie ganiała motyla.

Znalazła kwiatki, zrobiła wiązankę,

a wilk już trzyma babcinych drzwi klamkę.

Tak oto basior do babci się dostał,

wlazł do łóżeczka i tam już pozostał.

Szybko babunie pod pierzynkę schował

i tę niebogę tam wnet skonsumował.

 

Kapturek do drzwi zapukał chatyny,

wtem głos dobiega do ucha dziewczyny:

- ciągnij zatyczkę, za nóżkę tę kozią,

a drzwi się same, bez trudu otworzą!

 

Dzieweczka teraz odczuwa tu stracha,

bo głos jej znany, lecz J. Himilsbacha!

Jednak kapuje skąd wzięła się zmiana,

bo przecież babcia jest dzisiaj przechlana…

 

Szybko wilk z ciuszków rozebrał babinę,

sam wnet założył reformy babcine.

Do tego czepek i nocną koszulę

i już udaje Kapturka babulę.

 

Zwierzak ten właśnie stanowi mężczyznę,

który uwielbia wręcz damską bieliznę.

Jeśli chłop wkłada bieliznę kobity,

to miano nosi…ten zbok- transwestyty.

Wchodzi do chaty Kapturek Czerwony,

wilk bardzo zdał się być zadowolony.

A babcia naga, się wstydząc  Kapturka,

pod pierzynkę hyc- jak pstrąg dała nurka.

 

Kapturek ma oczka bardzo zdziwione,

bo widzi w łóżku kudłatą matronę.

Dziwnie brzmią słowa na jej powitanie:

- połóż się ze mną- kapturku , kochanie…

 

I nagle dziewczę się szybko rozbiera,

wilk się znów ślini, ślepiami spoziera.

 

Lecz trzeba z Poraża być ćwokiem panie,

by zadać głupie wilkowi pytanie:

-a czemu babciu, tak wielkie masz zęby?

Jakby Kapturek nie poznał jej gęby.

Wiedzą wszak wszyscy, że babcia Kapturka,

ma cztery zęby, a w każdym jest dziurka!

 

Co myśli sobie, dziewczątko to głupie,

gdy słyszy słowa:- chętnie cię schrupię?

A więc Kapturek też został schrupany.

Wilk skonsumował, zarazem dwie damy.

Spędził z dzieweczką upojne trzy chwile,

bowiem okazał się on …pedofilem.

Lecz jak wspomniałem na bajki początku,

Kapturek żyje, wiec wszystko w porządku.

Dlatego młodzi- wystąpię  z twierdzeniem:

konsumpcja nie jest wszak tylko jedzeniem!

 

Co było dalej? Jałowa to mowa-

sprawę wyjaśni…Komisja Sejmowa!

 

Ja tylko dodam, kochani od siebie-

Kapturek poznał, jak znaleźć się w niebie.

Starczyła w łóżku wspaniała raz chwilka,

aby Kapturek już sam szukał wilka.

Bo chociaż chory i całkiem paskudny,

to miał wilk w portkach instrument przecudny.

Z tego narzędzia, jak mówią w Bieszczadach-

niejedna dama bywała wszak rada.

Później po lasach , wilk chętnie się chwalił,

że on w Kapturku chuć wielką rozpalił.

Łupem Kapturka leśnicy padali,

setki turystów i trzy kopy drwali.

 

Kapturek pełnił po lasach swą misję,

lecz z racji wieku, już podjął dymisję.

Dzisiaj ta pani kapturek ma nowy-

nadal czerwony, lecz moherowy.

 

Nie wyznam jak się ta dama nazywa,

Kapturek bowiem, to tylko jest ksywa.

Nazwiska ważna ustawa jej chroni,

a tu dyskrecja przed pierdlem mnie chroni.

 

Teraz morałem podzielę się z wami:

Sedno bajeczek jest miedzy wierszami.

Gdy zaczniesz czytać kłamliwe gazety,

to ta praktyka się przyda-  niestety…

 

Dyżurny Psychiatra Kraju

 

Cezary Piotr Tarkowski

 

 

PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA

  PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA   Jutro ferie już zimowe. Prot ma plan wiec co się zowie. -Co tam szkolne lodowisko- jedzie ko...