PODRÓŻE KOSA I SZCZURKA
Wyprawa balonem
Przyjaciele budują balon
Dziś, choć często mnie to złości,
mało w świecie jest miłości.
Łatwiej znaleźć kwiat paproci
niż braterstwo, moi złoci.
Szczurek z Kosem, jak brat z bratem,
są przyjaźni unikatem.
Oni wszędzie stale razem,
mają co dzień pełno wrażeń.
Niezależnie od pogody
czują zawsze zew przygody.
Kos jest ptakiem, lata w górze,
za co wdzięczny jest naturze.
On z chmurami za pan brat,
więc ogląda z góry świat.
Gdy Kos wraca z tych wojaży,
Szczurek głośno wtedy marzy:
- Gdybym ja miał też skrzydełka,
radość byłaby to wielka.
Razem byśmy tak latali –
Polskę z góry oglądali.
Długo zatem myślał Kos,
jak odmienić szczurka los.
Kiedyś, siedząc na podwórku,
Kos powiedział: - Drogi Szczurku,
mam ja pomysł niebywały,
w każdym calu doskonały
(tu ukłonił się z fasonem) –
polecimy w świat… balonem!
Szczurek jedząc, chlebek sławił,
mało nim się nie udławił.
- Chyba jesteś dziś szalony!
Gdzie w Opolu są balony?
- Oj, ty zaraz z balonami…
Jeden balon, zróbmy sami!
Jeśli chęci masz, kolego,
zrobić balon – nic trudnego.
Trzeba wiedzy i zapału,
osiągniemy cel pomału.
- Chodźmy zatem do piwnicy,
bo tam skarbów nikt nie zliczy.
- Ile tutaj różnych rzeczy!
Jest i koszyk wśród rupieci.
Choć jest trochę zakurzony,
na gondolę – wymarzony.
O! jest folia tu szeroka –
świetna będzie z niej powłoka.
W koszu będzie też praktyczna
na gaz butla turystyczna.
Oto linka, też pomocna –
sieć z niej będzie bardzo mocna.
Każdy balon, nim poleci,
umieszczony ma być w sieci.
Kosz z załogą, pod balonem,
są do sieci przytroczone.
Ważna teraz, Szczurku, sprawa,
byś fizyki poznał prawa.
Czasem widać, kiedy piórko
poszybuje nad podwórko.
Wiatru nie ma, słonko świeci,
a to piórko w górę leci.
Słonko bowiem, drogi Szczurku,
chodnik grzeje na podwórku,
a powietrze, gdy rozgrzane,
ciągnie w górę niesłychanie.
Ciepły gaz jest, mój kolego,
zawsze lżejszy od zimnego!
Gdy powietrze jest w balonie
palnym gazem ocieplone –
wtedy w koszu kos ze szczurem
poszybują łatwo w górę!
- Pomysł, Kosie, doskonały,
mamy wszystkie materiały.
Bierzmy zatem się do pracy,
bo chcę z góry świat zobaczyć!
Na podwórku praca wre –
można wierzyć albo nie,
że przez miesiąc prawie cały –
powstał balon doskonały.
Start balonu
Nadszedł piękny dzień majowy,
a już balon jest gotowy.
Już szykuje się do lotu
balonowych dwóch pilotów.
Kto żyw dzisiaj wyszedł z domu,
by podziwiać start balonu.
Przyszły dzieci więc gromadką,
jest kociaków całe stadko,
Azor przyszedł też z parteru
oraz gapiów innych wielu.
Oto balon nad balony
przez dwóch zuchów jest zrobiony.
Lśni powłoka znakomicie
w pastelowym kolorycie.
Pod nią kosz jest wypełniony
tym, co muszą mieć balony.
Butla zatem jest z palnikiem,
bo gaz jakby był silnikiem.
Już gaz z sykiem ostro płonie –
żar powietrza czuć w balonie.
Balon rwie się już do góry,
lecz trzymają jeszcze sznury.
Wtem kotwicę wciągnął Szczurek
I ostatni przeciął sznurek.
Wtedy balon z pilotami
poszybował nad domami,
a na dole tłum zebrany
wnet pożegnał ich brawami.
Szczurek, widząc z góry domy,
czuje nieco się strwożony.
Chociaż minę ma morową,
kosza trzyma się kurczowo.
Wiatr zachodni mocno wieje,
Kos ze Szczurka aż się śmieje,
bo też Szczurka trzyma trwoga:
- Czy wytrzyma ta podłoga?
Balon wzniósł się nad Opolem –
całe miasto leży w dole.
Jak wstążeczki są ulice,
przy nich stare kamienice.
Amfiteatr widać w dali,
znany z ważnych festiwali.
Tu stolica, mój maleńki,
właśnie polskiej jest piosenki.
W słońcu błyszczy pasek modry –
oddalają się od Odry.
Miasto widać jak na dłoni,
lecz na wschód wiatr balon goni.
Znikły miejskie kamienice,
w dole pól są szachownice.
A na lewo, ciut za laskiem,
tam Jezioro lśni Turawskie.
Widać z góry smukłe łodzie,
jak kołyszą się na wodzie.
Wierzba się przygląda w toniach,
a nad brzegiem kwitną błonia.
W sadach stroi drzewa kwiecie,
bo to właśnie maj jest przecież.
Widok swojski Szczurka wzrusza,
bo na miedzy kwitnie grusza.
Kos ze Szczurkiem podziwiają,
jak jest pięknie w naszym kraju.
Śliczne z góry są miasteczka –
domki jakby pudełeczka.
Ludzie mali jak mróweczki,
a pojazdy – zabaweczki.
Szczurek nawykł do podróży,
lot balonem snadź mu służy.
Już za burtą się nie chowa,
a przed nimi – Częstochowa.
Częstochowa
O, już widać – coś się dymi!.
W dali huty są kominy.
Gdy minęli dymów chmurę,
to ujrzeli Jasną Górę.
Po strzelistej poznać wierzy,
gdzie to święte miejsce leży.
Już zielone widać blachy,
co klasztorne kryją dachy.
Kos już bywał w Częstochowie,
więc o mieście tym opowie:
- Tu, w klasztorze paulinów
rocznie milion jest pielgrzymów.
Wszyscy wierni i pątnicy
podążają do kaplicy.
Najpiękniejsza tu jest w świecie
Matka Boska na portrecie.
Każdy pragnie z czci wyrazem,
zmówić pacierz przed obrazem
Panny Świętej i Dziewicy,
której cudów nikt nie zliczy.
Z uwielbienia oczy płoną
przed cudowną tą ikoną,
a gdy klęknie pątnik pieszy,
Matka Boska go pocieszy.
Balon zawisł nad klasztorem
w odpowiednią widać porę.
Już fanfary w dole grają,
znak, że obraz odsłaniają.
A w historii z tym obrazem
jest związanych wiele zdarzeń.
Raz za Jana Kazimierza
Polskę podbić Szwed zamierzał
i niewiele brakowało,
aby mu się to udało.
Miasta w Litwie i Koronie
legły w gruzach poniszczone.
Szwedzkie wojsko kraj zalało,
wszędzie czyniąc krzywd niemało,
więc ten żywioł zwano potem –
nie inaczej jak – potopem.
Lud w opiekę Matki Boskiej
klasztor oddał częstochowski.
Ksiądz Kordecki murów nie dał
i powstrzymał pochód Szweda.
Mężny przykład Częstochowy
tchnął w rycerstwo duch bojowy.
Kraj Madonnie powierzony
został śmiało wyzwolony.
Od tej pory w Częstochowie
miejsce kultu jest Królowej,
bo Maryja, Matka Boska –
to Królowa nasza polska!
Kos tak mówi, Szczurek słucha,
a wiatr z innej strony dmucha.
Z północnego dmie zachodu,
pędząc balon wciąż do przodu.
Szlakiem Orlich Gniazd
To nie Warmia i Mazury,
chłopcy Olsztyn widzą z góry.
Mała wioska to na szlaku
baloniarzy jest na Kraków.
Świetne było tu zamczysko –
dziś jest tylko rumowisko.
Właśnie tutaj, od Olsztyna,
szlak Gniazd Orlich się zaczyna.
Skał wapiennych tu bez liku –
oto zamek w Jaworzniku.
Szczurek lotem zachwycony,
z wysokością oswojony,
aż w podzięce ściska Kosa,
że go zabrał pod niebiosa.
Z dala widać już dwie baszty,
jak okrętu wielkie maszty.
Wokół w skałach murów wieniec –
oto zamek Ogrodzieniec.
Balon wolno sobie leci,
wypatrzyły go więc dzieci.
Małą wioskę zwą Pazurek.
Macha dzieciom z góry Szczurek.
Trudno lecieć tak bez końca,
bo się zbliża zachód słońca.
Jeszcze widać doskonale
zamku gmach w Pieskowej Skale.
Jednak nim się słońce schowa,
trzeba zdążyć do Ojcowa.
Choć za wzgórzem słonko znika,
przełom widać już Prądnika.
Oto widok nad widoki:
w dole wąwóz jest głęboki –
pejzaż lasem malowany,
gdzie się bielą skalne ściany,
Herkulesa tkwi Maczuga –
tam dnem wartka płynie struga.
Kos zaczyna kombinować,
gdzie najlepiej wylądować.
Już powietrze ochłodzone
w turystycznym jest balonie.
- Wyrzuć Szczurku w dół kotwicę,
kiedy ja do trzech policzę.
Ta kotwiczka ma zadanie
wbić się w ziemię na polanie.
Balon spada w dół powoli,
Szczurek wyjdzie wnet z gondoli.
Nocleg znaleźć – to nie sztuka –
jednak miejsca mus poszukać.
- Ja dziś Kosie, właśnie marzę,
aby spędzić noc w pieczarze –
przecież Ojców z tego słynie,
że tu w skałach są jaskinie.
- A ja Szczurku, nie zamierzam,
spać w sąsiedztwie nietoperza.
Chodźmy lepiej do zamczyska –
tam zrobimy legowiska!
Zjawy, duchy i… ropuchy
Kos już zasnął w swym śpiworze,
Szczurek jeszcze spać nie może.
Miał dziś zwierzak tyle wrażeń,
a tu północ na zegarze.
Wtem aż zastygł z przerażenia,
bo usłyszał dźwięk z podziemia.
Tu pod zamkiem, gdzie są lochy,
ponoć słychać nocą szlochy,
a w ruinach – głosi fama,
mieszka w wieży… Biała Dama.
Szczurek trzęsie się z obawy,
bo zobaczył… aż dwie zjawy.
W księżycowej gwiazd poświacie,
idą w bieli dwie postacie.
Mimo późnej nocnej pory,
głośno skrzeczą te upiory.
- Budź się, Kosie mój kochany,
bo tu idą białe damy!
Kos zaspany wnet się budzi.
- Czemu nie śpisz i marudzisz?
- Popatrz, Kosie, w tamtą stronę,
na te dusze umęczone…
Wygląd nie jest ich łaskawy –
przerażają mnie te zjawy!
- Chyba jesteś, Szczurku, chory,
nie są żadne to upiory.
Chodzą wokół ruin baszty
całkiem żywe dwie… niewiasty!
Strach ma zawsze wielkie oczy,
toteż Szczurek widma zoczył:
Te kaptury, prześcieradła –
jak prawdziwe dwa widziadła…
Widząc teraz dwie matrony,
mówi całkiem zawiedziony:
- Ja myślałem, że to duchy,
a to znane nam…ropuchy.
Ach witamy, drogie panie –
cóż za dziwne to spotkanie!
Dobrze paniom w tych kapturach,
choć to nie jest Łysa Góra.
Przecież w Polsce wie to każdy,
że tam wiedźmy mają zjazdy.
- Miło słyszeć dżentelmena,
lecz tam dobrze, gdzie nas nie ma.
My tu w drodze do Krakowa
chcemy sobie przenocować.
Lecz jak zasnąć w tym Ojcowie,
gdy się nowin nie opowie?!
Rano zacznie się krajowy
zjazd plotkarek wielodniowy,
więc na Plantach pod Wawelem
usłyszymy plotek wiele.
W plotkowaniu kto zwycięży,
ten otrzyma – „Złoty Język”.
Choć w dziedzinie tej, niestety,
nadal lepsze są gazety,
to ćwiczymy na zawody,
bośmy łase tej nagrody!
Mamy myśli moc w swej głowie –
dobrej nocy więc panowie!
Do Krakowa!
Rano zdrowa gimnastyka,
później biegiem do koszyka,
albo raczej – jak kto woli –
sprintem wyścig do gondoli.
Już gaz z butli mocno płonie,
by powietrze grzać w balonie.
Już kotwicę wciągnął Szczurek,
lecz iść nie chce balon w górę.
Choć powietrze w nim gorące,
balon ciągle tkwi na łące.
- Wysyp Szczurku, z worków ziemię –
mamy jakieś przeciążenie!
Szczurek pozbył się balastu,
czyli worków pełnych piasku.
Balon wyrwał wnet do góry,
pod samiuśkie niemal chmury.
W górze mocniej wietrzyk powiał –
leci balon do Krakowa.
Jest w balonie jakaś wada,
bo zaczyna znów opadać.
- Co się dzieje z nim, do licha –
może dziura, czyli kicha?
Lecz powłoka wszędzie cała,
chociaż bardzo się nagrzała.
- Wiem już Szczurku, skąd to brzemię,
skąd się wzięło przeciążenie.
W kącie kosza te rupiecie
nie są nasze, Szczurku przecież!
Podrzuciły – pewnie duchy –
torby, koce i poduchy?!
- Wyrzucimy, co zbyteczne,
bo się robi niebezpiecznie!
Nagle derki dwie ożyły
i się z werwą poruszyły.
Szczurek słyszy, że pod kocem
cichuteńko ktoś rechoce.
Ściągnął dery i poduchy,
a pod nimi… dwie ropuchy.
- O, witamy, drogie panie!
Jak podoba się latanie?
- Mówiliście nam, panowie,
że będziecie dziś w Krakowie.
Podążymy w tamtą stronę
może z wami… tym balonem?
- Teraz pytać – czy to grzecznie?
Przez was jest tak niebezpiecznie!
Każda z pań pół kilo waży,
a tu jeszcze moc bagaży:
są walizy i kuferek,
dwie torebki, neseserek,
jest przykryty też kocykiem
parawanik wraz z nocnikiem
i wymienić jeszcze muszę
pudeł sześć… na kapelusze.
Na podobne więc wojaże,
są za ciężkie te bagaże!
Co wyrzucić? – Mówcie damy,
bo my stale opadamy!
Szczurek z lotem już obryty
ma dziś humor wyśmienity.
Widząc pełny zaś nocniczek,
już żartuje z gapowiczek:
- Może najpierw to… z nocnika
wyrzucimy do Prądnika?!
Kos natomiast rozzłoszczony:
- Nie dla ropuch są balony!
Lot jest nisko wzdłuż potoku,
przygotujcie się do skoku…
I z naciskiem rzekł do Szczurka:
- Niech ropuchy dają nurka!
A ty, Szczurku, do strumyka
nie wyrzucaj nic z nocnika,
bo największy skarb przyrody –
krystalicznie czyste wody!
Balon, lecąc nad strumieniem,
wprawił cały las w zdumienie.
Bocian stał na jednej nodze
i przyglądał się załodze.
- Zaraz wasz się kosz zamoczy,
nie potrzeba wam pomocy?
Widząc zatem moc kłopotów,
wzbił się bociek wnet do lotu.
Chwyci dziobem linki sieci
i z balonem w górę leci.
To jest sztuka boćkom znana
i nie trudna dla bociana –
właśnie trzyma tak za becik,
gdy przynosi ludziom… dzieci.
Wyniósł balon aż pod chmury,
skąd Krakowa widać mury.
Już szybują pośród chmurek.
- Wielkie dzięki! - Krzyknął Szczurek.
Bociek z wdziękiem zaklekotał
i odleciał na swe błota.
W królewskim Krakowie
Wiatr północny balon goni,
widać Kraków jak na dłoni.
Trochę dalej, za Kleparzem,
Stare Miasto Kos pokaże.
Już zachęca dźwięcznym głosem:
- Spójrzcie wszyscy, bardzo proszę,
na Mariacki Kościół z kosza,
gdzie jest ołtarz Wita Stwosza.
Świetnie widać już wieżyce,
a pod nimi Sukiennice.
Teraz jedna pasażerka
z ciekawością na dół zerka.
Druga z ropuch, także z kosza,
wyściubiła swego nosa.
- O, ja bardzo proszę panów
spojrzeć w stronę Barbakanu!
Średniowieczne, miejskie mury
doskonale widać z góry.
Z nich warowna pnie się baszta,
co broniła kiedyś miasta.
Tutaj także dobrze znana
jest Floriańska stara Brama.
Ale oto Główny Rynek,
gdzie gospodę miał Wierzynek,
a kto nie wie – niech się dowie,
że jadali tam królowie.
W środku rynku – Sukiennice,
pomnik z wieszczem Mickiewiczem,
obok tego zaś pomnika
jest Mariacka Bazylika.
Rynek ten zaczarowany
jest starymi dorożkami.
Tu serdeczni są mieszkańcy
i Lajkonik czasem tańczy.
Tutaj każda kamienica
swą urodą nas zachwyca.
Tu krakowskie są kwiaciarki,
ale spójrzmy na… zegarki,
bo z Mariackiej zaraz Wieży,
zabrzmi hejnał jak należy.
Zbliża właśnie się południe,
strażak zagra hejnał cudnie.
Gong dwunasty, czas wyznacza –
to jest sygnał dla trębacza.
Gdy już strażak grać zaczynał,
wnet zmieniła się czupryna,
bo fryzura co się zowie,
w sztorc stanęła mu na głowie.
Aż mu z orbit wyszły oczy,
tak go widok ten zaskoczył:
Oto tuż przed jego nosem
wolno leci balon z koszem.
Kosz z wikliny, na buraki,
ale w koszu są zwierzaki!
To niezwykłe dla strażaka,
w górze ujrzeć jest zwierzaka.
Szczur go wita ukłonami,
Kos pozdrawia z ropuchami.
A do tego pod balonem
jest niebieski gazu płomień.
Trębacz trąbkę wziął pomału,
lecz zapomniał nut hejnału.
Widząc w koszu żar z oddali,
zagrał sygnał, że… się pali.
Wnet gruchnęła wieść jak bomba,
że pan trębacz to jest… trąba!
A tymczasem nasz balonik
na południe wiatr wciąż goni.
Przeciążony – trudna rada –
z tej przyczyny w dół opada.
Do Wawelu już jest blisko.
- Doszybuje? – Jest za nisko!
Szczęściem leci wzdłuż uliczki,
a po bokach – kamieniczki.
Patrzą z okien małe dzieci –
zobacz, mamo – balon leci!
Balon jest już nad Plantami
i szybuje nad drzewami.
Wreszcie jawor go uwięził –
zawisł balon na gałęzi.
Znowu Kos się bardzo wzburzył:
- No to koniec tej podróży!
Przez ropuchy, ich manele,
utknęliśmy pod Wawelem!
Dla was tutaj, drogie panie,
lądowisko „na żądanie”.
Nie będziecie plotkowały,
bo jest problem tu niemały.
Wejść na drzewo i zejść z niego
to dla Szczurka nic takiego.
Ja wnet na dół poszybuję,
a was kto stąd pozdejmuje?!
- Nim przemyślę ważną sprawę,
jak ropuchy zdjąć na trawę,
to mój Szczurku, przyjacielu,
zróbmy spacer po Wawelu!
Na Wawelu
Szczurek z Kosem wnet pobiegli
zacząć zwiedzać od katedry.
Bardzo ważne do zwiedzenia
pod katedrą są podziemia.
W kryptach wielcy bohaterzy
i dwóch wieszczów polskich leży.
Tu królewskim sarkofagom
warto przyjrzeć się z powagą.
Przy katedrze są kaplice
i strzeliste dwie wieżyce.
Oto duma jest Krakowa –
smukła Wieża Zegarowa.
Ale obiekt dumy polskiej
wisi w Wieży Zygmuntowskiej.
Tu na chwałę Jagiellonów
jest największy z polskich dzwonów
i królewskie nosi miano,
bo Zygmuntem go nazwano.
Teraz nasi przyjaciele
zachwycają się Wawelem.
Już zwiedzili tu zbrojownię,
w zamku wieże trzy warowne,
a w Poselskiej słynnej Sali
rzeźbom głów się przyglądali.
W zamku liczne są komnaty,
a ich wystrój – przebogaty.
- Chodźmy, Szczurku, zobaczymy
najpiękniejsze gobeliny!
To arrasy złotem tkane
tu niejedną zdobią ścianę.
Trudno jest oderwać oczy –
taki widok ich uroczy.
W skarbcu złote są korony
i jest Szczerbiec wyszczerbiony –
najsłynniejszy miecz monarszy,
bo z insygniów jest najstarszy.
Wawel cały jest wspaniały,
ma dziedziniec okazały.
Stoją tutaj stare działa –
broń to niegdyś doskonała.
Zaś dziedziniec drugi, mniejszy,
od większego jest piękniejszy.
Wygląd ma renesansowy –
to dziedziniec krużgankowy.
Słońce praży wokół zamku,
chłód jest jednak wśród krużganków.
Wawel kończy się zwiedzaniem
lokum smoka… w Smoczej Jamie.
Pożegnanie ropuch
Kos ze Szczurkiem już zgłodnieli,
o ropuchach zapomnieli,
a ropuchy uwięzione
siedzą w koszu pod balonem.
Chłopcy mają swe zapasy –
wzięli w podróż worek kaszy.
Kaszy nie chcą jeść ropuchy,
chociaż mają puste brzuchy.
(A ja powiem wam w sekrecie,
o czym pewnie wy nie wiecie:
pożyteczne te ropuszki
sprawnie łapią sobie muszki).
Lecz Kos z Szczurkiem nic nie wiedzą,
że ropuchy muchy jedzą.
Zatem wprost ze Smoczej Jamy,
czas się zająć ropuchami.
Kos na drzewo wzleciał sobie,
Szczurek po pniu też się skrobie.
Teraz patrzą zadziwieni
na tę scenkę wśród zieleni:
balon nadal uwięziony,
siedzą w koszu dwie matrony
i się śmieją, i rajcują,
i jak zwykle wciąż plotkują.
A do tego pasażerki
mają w misce moc wyżerki:
muchy, larwy, gąsienice,
a komarów sam nie zliczę.
Teraz chłopcy się zdziwili –
niepotrzebnie się śpieszyli,
bo ropuchy na jaworze,
mieszkać mogą z miesiąc może!
Wielki mają tu ambaras,
trzeba zdjąć te damy zaraz.
Szczurek ma nietęgą minę:
- Skąd wziąć można by drabinę?
Już niebawem słońce zajdzie –
czy się jakiś sposób znajdzie?
Myślą obaj przyjaciele,
choć pomysłów jest niewiele.
Wtem się Szczurek stuknął w głowę:
- Słuchaj, Kosie, co ci powiem –
mam ja przecież swój deszczochron
przerobiony na spadochron.
Parasolka też z fasonem
może zostać spadochronem.
Zatem, panie, do roboty –
brać swe torby i klamoty.
Tu na Plantach, na ławeczkach,
jest nie jedna plotkareczka.
Dziś się zaczął wasz krajowy
zjazd plotkarek wielodniowy.
Pora przyszła na skakanie,
więc żegnamy z żalem panie!
A ropuchy buźki w ciup,
z parasolką na dół…siup.
Chwilę później poczłapały,
gdzie plotkarki – plotkowały.
Szczurek żegnał je z przekąsem,
burcząc cicho coś pod wąsem.
Przez ropusze dwie matrony
balon jest ich uwięziony.
By wyzwolić go z uwięzi,
trzeba przegryźć moc gałęzi.
Szczurek jednak do wieczora
z gałązkami się uporał,
toteż jutro, gdzieś o świcie,
start wypadnie znakomicie.
W Tatry
Chłopcy w koszu, na jaworze,
noc przespali nie najgorzej.
Więc gdy niebo przejaśniało
i słoneczko ze snu wstało,
wraz z pierwszymi promieniami,
balon wzniósł się nad Plantami.
Szczurek gazu nie żałuje,
toteż w górę balon pruje.
Wyżej są od wszystkich ptaków,
widać z góry miasto Kraków.
Na południu zaś za mgłami
są Karpaty wraz z Tatrami.
Dobrze widać ich zarysy
wraz ze szczytem zwanym Rysy.
To najwyższa w Polsce góra,
szczyt jej często niknie w chmurach.
Najpierw lot nad Beskidami,
ze świetnymi dziś wiatrami.
Wietrzyk dzisiaj jest północny –
nie za słaby, nie za mocny.
W dole Beskid jest Makowski
i ogródek jordanowski,
bowiem w mieście Jordanowie
jest ogrodów całe mrowie.
Już na Rabką balon leci –
uzdrowisko to dla dzieci.
W Rabce wody są lecznicze,
których zalet nie policzę.
To miasteczko pod Gorcami
otoczone jest lasami,
a krajobraz tu zaznacza
górujący szczyt Turbacza.
Stąd jest widok znakomity
na tatrzańskie wszystkie szczyty.
Szczurek aż wytrzeszczył oczy,
tak go widok zauroczył.
Z miejsca tego, mało znana,
jest Tatr cała panorama.
Wnet Podhale balon minie,
zaraz będą w Poroninie.
W dole widać Zakopane,
a przed nimi skalne granie.
Widać Giewont jak na dłoni,
a wiatr dmucha, a wiatr goni.
Będzie walka jak na froncie,
by lądować na Giewoncie.
Aby szczyt ten wnet osiągnąć,
muszą balon wzwyż podciągnąć.
Płomień gazu powoduje,
że się balon wzwyż winduje.
Burza
Już powietrze jest rozgrzane,
lecz są bardzo blisko granie.
Ale co to? Coś się dzieje –
wicher mocny teraz wieje.
To zjawisko znane w górach,
lecz nadciąga sina chmura!
Gdzie Dolina Kościeliska,
tam grzmi mocno i się błyska.
Groźna burza idzie właśnie,
a tu gazu płomień gaśnie.
Butla była całkiem mała,
więc się w końcu wyczerpała.
Już w obliczu zagrożenia
Kos się podjął dowodzenia.
- Trzeba balon nasz odciążyć,
by na Giewont mógł podążyć.
Wyrzucimy, jak na razie,
pustą butlę po tym gazie!
Nagle balon odciążony,
pomknął w górę jak szalony.
Na Giewoncie jest ze stali
krzyż wzniesiony przez górali.
Krzyż góralską wiarę sławi,
a Bóg Polskę błogosławi.
Tu, przy krzyżu, było w planie
naszych śmiałków lądowanie.
Jednak balon, na me oko,
poszybował zbyt wysoko
i za bardzo był rozgrzany,
aby zniżyć lot do grani.
Raptem w Tatrach pociemniało
i przeciągle znów zagrzmiało.
Balon wpadł już w wichru moce –
koszem rzuca i szamoce.
Próżno czekać na ratunek,
a wiatr zmienił swój kierunek
i dmie teraz od zachodu,
niosąc z gradem powiew chłodu.
Czasem balon o coś szurnie –
właśnie otarł się o turnię.
Absolutnie nic nie widać,
mógłby radar tu się przydać.
Zewsząd grzmoty, błyskawice,
a błyskawic tych nie zliczę.
Kosz na wszystkie teraz strony
miota się jak nakręcony.
Teraz w Tatrach, nad turniami,
trzeba zmagać się z wichrami.
Szczurek trzyma się kurczowo,
ma przygodę wręcz sztormową.
Kos zna świetnie nawigację –
stracił jednak orientację.
W taką burzę kos nie lata,
a tu idzie koniec świata!
Muszę ująć rzecz w tych strofach –
grozi chłopcom katastrofa.
Balon chociaż jeszcze cały,
leci na dół między skały.
Spada balon wyziębiony –
takie właśnie są balony!
Nagle bęc! Spadł w coś miękkiego,
a do tego coś śliskiego,
bo kosz teraz, tak jak fryga –
kręci się i na dół śmiga.
Balon służy do latania,
a kosz jedzie jak na saniach.
Balon bowiem wpadł do żlebu,
gdzie jest jeszcze pełno śniegu.
Po burzy
Jeszcze burza kwadrans trwała,
lecz gwałtownie wręcz ustała.
Poszła sobie precz za góry
i zniknęły sine chmury.
Pierwszy Szczurek wyszedł z kosza
i pociągnął z sobą Kosa.
- Balon całkiem do niczego –
zostawiamy go, kolego!
Teraz, Kosie, zejść musimy
do najbliższej stąd doliny.
Strasznie tutaj jest wysoko,
w dole widzę Morskie Oko.
Widzę piękne też schronisko,
a tam wcale nie jest blisko.
Trzeba zdążyć do wieczora,
bo się robi późna pora.
Tak skończyła się morowa
ich przygoda balonowa.
Nie ma kosza ni balonu –
jak więc wrócą stąd do domu?
Będzie wielka to wycieczka,
o czym będzie też książeczka.
Z niej to wszyscy się dowiecie
o wojażach – jeśli chcecie.
Szczurek z Kosem – przyjaciele –
przygód zawsze chcą mieć wiele.
Wśród tatrzańskiej więc przyrody
różne będą mieć przygody.
Zdradzę wam też tajemnicę,
że odwiedzą wnet stolicę.
Najpierw jednak zwiedzą góry,
więc zapraszam do lektury!
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz