czwartek, 31 października 2024

MALEC I WETERANI

 

MALEC I WETERANI

 

          Gołąbki. Pierwsze powojenne miesiące. Smutek i radość. Dla jednych były żałobą po stracie najbliższych, dla innych szczęściem spotkań, nieraz po kilku latach. To był czas powrotów. Wracali wyniszczeni więźniowie obozów koncentracyjnych i kombatanci z bagażem ciężkich przeżyć. Przyjeżdżali w mundurach rozmaitych fasonów, kolorów, z różnych armii. Jednak najwięcej było tych z Zachodu z naszywką POLAND na rękawie. Niektórzy okaleczeni, bez oka czy nogi, najczęściej zastawali niepełne rodziny. Czasem nikt na nich nie czekał.

          Pierwsi, którzy wrócili, rzucali się natychmiast w wir odbudowy Ojczyzny, dając przykład tysiącom polskich tułaczy, których Zachód zwyczajnie zdradził. Polski żołnierz był dobry na frontach, kiedy bohatersko walczył. Po wojnie ci ludzie stali się bezużyteczni, dawano im wręcz do zrozumienia, że są niepotrzebni.

          Niezwykle barwną postacią wśród weteranów był pan Stachera, znany bardziej pod przydomkiem Montekasino. Wprost z radzieckiego łagru trafił do armii Andersa, by później z II Korpusem zdobywać klasztor na Monte Cassino. Wielokrotnie ranny, odznaczony orderem Virtuti Militari, był chyba najbardziej tragiczną postacią bohatera w naszej osadzie. Ciężko doświadczony przez wojnę, nie chciał być żebrakiem na Zachodzie. Popadł w alkoholizm. Pił dużo i często, ale jakoś inaczej niż czynią to współcześni pijacy. Nie używał wulgaryzmów, zawsze nosił stary sfatygowany, ale odprasowany mundur z przyszytymi baretkami. Dużo ich było.

          Montekasino często przesiadywał u szewca Krawczyńskiego i po raz setny opowiadał mu swoje przeżycia, od czasu do czasu pociągając z butelczyny. Kiedy mama wysyłała mnie z butami, siadałem w kąciku ciasnego warsztatu. Godzinami mogłem słuchać opowieści Stachery i przyglądać się pracy rzemieślnika. Oto wprawne ręce wycinają podeszwy ze świeżej, pachnącej skóry. Następnie sprawne, jak u magika palce nakłuwają otworki, w które wprawnym ruchem szewc wbija drewniane szpilki. Na zakończenie mistrz pokrywa lakiem obcasy, poleruje buty do glansu i oddaje za drobną opłatą. Na moich oczach dokonywał się niemalże cud. Stare schodzone trepy zmieniły się w trzewiki jak nowe, tyle że wygodniejsze.

          Pod wpływem opowiadań Stachery i dzieła Krawczyńskiego wracałem do domu z wypiekami na twarzy. I nie wiedziałem, czy lepiej zostać kiedyś bohaterem jak Montekasino, czy szewcem.

          Ulica Jasna. Tu miał kiedyś swoją budę Kazio Obrzympała. Fryzjer. Wysoki, wesoły mężczyzna mocno utykał na jedną nogę. To pamiątka z okupacji. Lubił wypić kieliszek, dwa. Nigdy więcej, a to – jak mawiał – z troski o uszy klientów. Za to chętni do strzyżenia, czekając w kolejce, nie żałowali sobie. Zakład pana Kazimierza pełnił także, a może głównie, funkcję klubu kombatanckiego. Tu weterani regularnego wojska i konspiracji opowiadali swoje wojenne przygody. Czasem była już ciemna noc, a z budki Kazia Obrzympały dochodził głośny śmiech, niekiedy wojskowe pieśni.

           Wizyta u fryzjera była dla mnie i innych basałyków wielkim przeżyciem. Lubiliśmy tu przychodzić, szczególnie w długie zimowe wieczory. Blask ognia z blaszanego piecyka  wesoło migotał na ścianach i suficie, a my wyobrażaliśmy sobie, że to błyski wybuchów bomb i granatów.

          Niektórzy opowiadali tak sugestywnie, że czasem małe serduszko huncwota przeszywał strach, to znowu radość, by za jakiś czas poczuć ból cierpienia. Tu naprawdę słyszało się odgłosy artylerii, pikujących samolotów, terkot broni maszynowej. Nigdy nie zapomnę opowieści pewnego kresowiaka, który z przejęciem opowiadał, jak po opuszczeniu ZSSR przez armię Andersa znalazł się na pustkowiach Iranu.

          - Panowji, a jaki tam dziki byli! Kuchcik niewieli miał co do kociołka wrzucić, to my ustawili na willisi erkaem i hajda w to bezludzi. Patrzym – jest, odyniec, psia jucha, wielki jak nasz dżip.

          - Ja prui, a on panie – wiei. - Ja prui chalercia – on wiei!

          - Ja mu odstrzelił nogu, a on wiei – panie!

          - No i co, no i co? – ktoś zapytał niecierpliwie.

          - No i źwiał – psia jucha, panie!

          Będąc w budce Kazia Obrzympały, pragnąłem zostać fryzjerem. Być może dlatego, aby móc słuchać codziennie wspaniałych opowieści. Tymczasem ustępowałem miejsca w kolejce każdemu, kto tylko zechciał. I czasem w zakładzie zostawał tylko fryzjer, malec i weterani…

 

           Cezary Piotr Tarkowski

W KLASIE

 

W  KLASIE

 

W naszej szkole jest jak w ZOO,

toteż zawsze nam wesoło.

A kto kim jest w naszej klasie,

każdy powie w swoim czasie.

Głos oddamy najpierw sowie –

niech o sobie nam opowie.

                 SOWA

- To ja jestem – zdolna sowa,

do tablicy wciąż gotowa.

Bo ja nigdy nie próżnuję –

wszystkie lekcje w lot pojmuję…

                 ŻURAW

- W ławce siedzi ze mną sówka;

mała sowa – mądra główka.

Kiedy coś mi trudność sprawia,

to zapuszczam wnet żurawia…

Zawsze ściągam od tej sówki,

wiec nie trudne są klasówki!

                 OSIOŁ

- Ja nie lubię siedzieć w szkole –

na wagary chodzić wolę.

Nie chcę uczyć się ja wcale,

wszyscy mówią: ty bęcwale!

O zielonej marzę trawce –

siedzę zawsze… w oślej ławce.

                 DZIĘCIOŁ

- Zawsze mam ja dobre stopnie,

mówię mądrze i roztropnie.

- Czemu na mnie mówią w szkole –

ty kujonie, ty dzięciole?!

                   BARAN

Stanął baran przy tablicy.

W dodawaniu ma obliczyć:

ile dwa plus dwa jest w sumie?

Ale baran nic nie umie.

- Proszę pani – ja umiałem,

ale właśnie… zbaraniałem!

                  MÓL

- Lubią latać wszystkie mole,

lecz ja książki czytać wolę.

W książkach bardzo lubię siedzieć,

bo też czytać – znaczy wiedzieć!

Cóż, czytanie – nawyk zdrowy,

bo ja jestem… mól książkowy!

                  ŚLIMAK

Wszyscy noszą z sobą plecak –

ślimak domek ma na plecach.

- Pokaż zeszyt do sprawdzenia!

On udaje, że go nie ma.

- Gdzie masz zeszyt swój, gamoniu?

- Zostawiłem kajet w domu…

                  KOZIOŁEK

- Ja uwagę dziś dostałem,

bo się bardzo rozbrykałem…

                  PSZCZÓŁKA

- Umiem pisać i rachować,

bo nie znoszę ja próżnować;

i przykładem lubię świecić,

dla kochanych wszystkich dzieci.

Niech się uczą pracowicie –

będą dumni z nich rodzice!

 

Cezary Piotr Tarkowski

 

czwartek, 10 października 2024

KOTEK I MOTEK

              

                 KOTEK  I  MOTEK

                                    Bury kotek się obudził.

- Ale ja się będę nudził!

Wszak już moja mała Ola,

poszła z babcią do przedszkola.

 

Wpierw przeciągnę się troszeczkę

i odwiedzę swą miseczkę.

Coś przekąsił, wypił mleczko,

zaczął bawić się piłeczką.

 

Lubi kotek jej turlanie –

pędzi za nią po dywanie.

Pacnął piłkę mocniej łapą,

aż utknęła pod kanapą.

 

- Żadna strata – myśli kotek,

wiem skąd zabrać wełny motek.

Babcia trzyma na stoliczku,

różne wełny w swym koszyczku.

 

Złapał wełnę pazurkami,

z motkiem…hopsa, na dywanik.

Z kłębkiem teraz kot harcuje,

lecz się za nim wełna snuje.

 

Jeden motek – jedna chwilka,

a tych motków było kilka.

Nogi stołu omotane,

wstążką krzesła są splątane.

 

Nieco czasu upłynęło,

kot obejrzał swoje dzieło.

- Już wystarczy tych swawoli –

schowam się w pokoju Oli.

 

- Jestem bardzo już zmęczony

i troszeczkę zabrudzony.

Więc się kotek łapką myje:

pyszczek, brzuszek, oraz szyję.

 

Kiedy przyszła babcia z miasta,

zasmuciła się niewiasta:

- miał sweterek być dla wnuczki –

kot poplątał wszystkie włóczki!

 

Kotek drzemie na kocyku –

mam ja ciebie – ty psotniku!

Wtem złość babcię odpuściła –

jaka to kruszynka miła…

 

Patrzy babcia na kociątko –

jakie z niego niewiniątko…

Cicho mruczy, o czymś lśni,

a futerko – aż się lśni.

- Dziś wybaczę mu te psoty,

bo ja lubię…czyste koty!

 

Mam ja morał dla was taki:

by pomniejszyć skutki draki

(po psoceniu, oczywista)

myć należy się do czysta!

 

Cezary Piotr Tarkowski

 



 

 

 

 

 

 



 

 

 

PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA

  PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA   Jutro ferie już zimowe. Prot ma plan wiec co się zowie. -Co tam szkolne lodowisko- jedzie ko...