ZIMA STULECIA
Było, minęło…
Przyszła
zima. Najpierw spadł śnieg przysypując znany nam, dzieciakom, pobliski świat
półmetrową pierzyną puchu, a później chwycił siarczysty mróz i trzymał w swych
srebrzystych, stalowych okowach wiele tygodni. Słupek rtęci na termometrach
ustabilizował się poniżej dwudziestu, a nocami trzydziestu stopni Celsjusza.
Pamiętam, że w naszym domu szyby stały się całkiem nieprzejrzyste, zamalowane
pięknymi mrozowymi kwiatami. W każdym oknie pojawiło się prawdziwe dzieło
sztuki; groźne, zimne piękno, jakie stworzyć może tylko natura. Nawet drzwi
wejściowe przemarzły całkiem i zawsze lśniące lakierem dębowe deski, skrzyły
diamencikami szronu.
Tę zimę z początku lat sześćdziesiątych pamiętam szczególnie dobrze nie tylko
dlatego, że nazwano ją zimą stulecia. Jako trwała pamiątka pozostały mi
odmrożone ręce, ale najważniejsze, że po feriach nie trzeba było jeszcze iść do
szkoły. Minister oświaty odwołał zajęcia do czasu ustąpienia mrozów. Za to
kochaliśmy towarzysza ministra.
W szkole oprócz niewątpliwej przyjemności ciągania dziewczynek za warkocze,
strzelania z gumek papierowymi haczykami do kolegów i podkładania pinezek na
krześle pani będącej wyjątkowo obfitym w kształtach ciałem pedagogicznym, można
było dostać dwóję lub oberwać piórnikiem po łapach.
Dla zapobiegliwych łapobicie nie było takie straszne, jeśli uprzednio porządnie
wysmarowało się dłonie cebulą. Najgorsza była uwaga w dzienniczku lub
wypędzenie do domu po kogoś z rodziców. Wtedy, na większej powierzchni ciała,
cudowne właściwości cebuli mogły zawieść. Każdy więc cieszył się z
niespodziewanej laby i nikt nie tęsknił za szkołą. No, może tylko Anka
skarżypyta.
Trzaskające mrozy i zawieje śnieżne, będące wielkim utrapieniem dorosłych, dla
nas, dzieciarni, nie były żadną zmorą. Rano posmarował człowiek pajdę chleba
smalcem ze skwarkami, złapał sanki zrobione przez tatę lub dziadka i hajda na
dwór.
Ktoś mógłby pomyśleć, że na mazowieckiej równinie nie ma warunków do uprawiania
sportów zimowych. Nic bardziej błędnego. Pomysłowość młodzieży w urządzaniu
kuligów była niezwykła. Od czego w końcu przygodne furmanki i z rzadka
przebijające się przez zaspy ciężarówki?
Czatowaliśmy na pojazd, który musiał jeszcze bardziej zwolnić przed
skrzyżowaniem na lodowej tafli jezdni. Nikt nie sypał soli i piasku na nasze
wyboiste drogi szumnie zwane ulicami. Czasami tylko jakaś gospodyni rozsypała
popiół, który powoli nikną pod warstwą nawiewanego śniegu. Podczas dłuższego
oczekiwania palce grabiały jak u nieboszczyka, a nos, szczególnie zaś okolice
pod nosem, zamieniały się w sopel.
- Wreszcie jest – kilka szybkich susów i przeciągało się sznurek za jakiś hak,
belkę, cokolwiek i wskakiwało na sanki. Koniec sznurka trzeba było mocno
trzymać w ręku. W razie niebezpieczeństwa wystarczyło sznurek puścić i sanki
zatrzymywały się hamowane tarciem buciorów o ubity śnieg. Ale czy urwisy
przewidywały jakieś niebezpieczeństwo oprócz tego, że można było dostać batem od
woźnicy lub być popędzonym przez szofera?
Oczywiście zdarzały się różne, na szczęście niegroźne wypadki, czasem ktoś
postradał sanki. A kto już zaliczył w domu lanie za uczestnictwo w
niebezpiecznych zabawach, ten wędrował na górkę koło stacji PKP w Gołąbkach.
Ten widok przypominam sobie z nostalgią: jakieś kubraki wiatrem podszyte, a
spod nich wystające kolorowe sweterki zrobione przez babcię, czapki pilotki,
pod którymi i tak marzły uszy, ciężkie buty po starszym bracie, sine ręce, purpurowe
buzie. Wśród tej ruchliwej, rozwrzeszczanej dzieciarni uganiał się czyjś
kundelek i szczekał wesoło.
To były szczęśliwe, ale biedne lata. Nie każdy miał sanki, toteż niektórzy
szusowali z górki tylko na butach, inni na kartonach z pobliskiego kiosku
spożywczego. Głupi Pepik, który w szkole jadł kredę i popijał atramentem, choć
miał sanki, zjeżdżał na rowerze. Ciągle się przewracał i był oblepiony śniegiem
jak bałwan. Koza natomiast przytaszczył starą, ogromną miednicę.
Koza był kolegą z klasy. Śmiał się z byle czego i śmiech ten był rechotem
kozła, a kiedy w szkole oberwał po łapach, to już było prawdziwe kozie
beczenie. Miednica Kozy wzbudzała ogromne zainteresowanie. Okazała się nawet
lepszym pojazdem niż sanki. Ktoś na szczycie górki wprowadzał michę w ruch
obrotowy i pasażerowi, nim osiągnął podnóże wzniesienia, zdążyło się nieźle
zakręcić w głowie. Wyłażąc z wielkiego naczynia chwiał się i zataczał jak
pijaczyna po kilku głębszych.
Na stację podróżni wchodzili po schodach i przechodzili pomostem nad kilkoma
nitkami torów. Niektórym łobuziakom nie wystarczała górka, toteż dla draki
zjeżdżali z ogromnym łoskotem po oblodzonych schodkach. Taki zjazd wymagał
sporej odwagi i umiejętności. Można było zahaczyć o siatkę zabezpieczającą i
dotkliwie potłuc.
Jazda w okrągłej miednicy eliminowała, jak się wydawało, ryzyko, ale i tak nie
było chętnych. Na szczęście trafił się Karol. Właściwie miał inaczej na imię,
ale Karol lepiej do niego pasowało i przylgnęło na stałe. Chociaż nigdy nie
powtarzał klasy, to jednak ze względu na upośledzenie umysłowe powinien raczej
chodzić do szkoły specjalnej. Zawsze uśmiechał się głupkowato i zawsze
bezkrytycznie wykonywał wszystkie polecenia kolegów. Pamiętam, że w którejś z
ostatnich klas podstawówki chłopaki namówili Karola, aby włożył łapsko pod
spódnicę nowej, młodziutkiej nauczycielki i on to bez wahania zrobił. Dostał
tak w japę, że mu poleciała krew z nosa. Obwiesie, urwipołcie skręcali się ze
śmiechu, a biedny Karol stał z tym swoim niezmiennym głupkowatym uśmiechem i
wcale nie rozumiał za co oberwał. – Przecież Anka skarżypyta donosiła
wychowawczyni o wszystkim, o najmniejszej nawet psocie, ale nigdy, że Karol
wkładał jej rękę pod sukienkę!
Teraz też biedny chłopak nie potrafił odmówić. Na szczycie schodów padł krótki
rozkaz: - Karol, właź do michy!
Karol bez wahania wgramolił się do miednicy i rozsiadł wygodnie.
Ktoś rozpędził miednicę z zawartością jeszcze na pomoście i… rududu z ogromnym,
metalicznym dudnieniem na dół. Micha z każdym stopniem nabierała coraz
większego rozpędu, aż znalazła się na poziomym podeście i z dużą prędkością
poszybowała już nad dolną partią stopni, opadając łukiem na oblodzoną,
wydeptaną ścieżkę. Łup! Karol aż wyrżnął czołem w zgięte kolana i spadła mu
czapka. Miednica zaś wpadła w ruch obrotowy i odbijając się na nierównościach
terenu jak kaczka rzucona na taflę wody, traciła z wolna impet i zatrzymała się
ze zgrzytem w miejscu, gdzie akurat wysypano popiół. Chłopak siedział nieruchomo
z wybałuszonymi szeroko oczami i nadal kurczowo trzymał się rantu miednicy.
Żądni sensacji otoczyliśmy pojazd szerokim kołem, jakby nagle wylądowało
UFO. Najbardziej niezwykłe było to, iż Karol się nie uśmiechał. Tak było to
niewiarygodne, że zapadło całkowite, trwożne milczenie.
- Andrzej, co ci jest? – zapytał ktoś z przejęciem, używając jego
prawdziwego imienia.
- Nic, tylko dupa mnie boli – głośno jęknął i na jego buzi zawitał uśmiech.
Okrzyk radości wyrwał się z wielu gardeł, a Karol nawet w dowód uznania został
poczęstowany papierosem przez jednego ze starszych chłopaków. Wyrostki
przyglądały się wszystkiemu z boku, bo po ukończeniu podstawówki uważali się
już za dorosłych. Nie wypadało im jeździć na sankach z dzieciakami.
Oczywiście nie sposób było wytrzymać cały dzień na dworze. Dlatego co jakiś
czas biegaliśmy na stacyjną poczekalnię, aby ogrzać się przy gorącym
piecu kaflowym. Gdzieś koło południa piekarz przywoził swoim furgonem pieczywo
do kiosku pani Miłoszewskiej. Sprzedawczyni chętnie dawała gorące jeszcze
bochenki dzieciakom na kredyt. Na drugi dzień matki płaciły za chleb przy
codziennych zakupach.
Jakiż to był pyszny chleb! Odrywaliśmy całe parujące kawały i ucztowaliśmy w
poczekalni. Najlepsza była rumiana, chrupiąca skórka. Chyba już nikt nie piecze
tak wspaniałego chleba. Współcześni piekarze paprzą pieczywo w nowoczesnych
zagranicznych piecach, sypią do ciasta jakieś chemiczne świństwo, tzw.
ulepszacze decydujące o złej jakości pieczywa i już na drugi dzień nie nadaje
się ten surogat chleba do spożycia. Wtedy jednak najadaliśmy się samym chlebem
do syta, a i dla zziębniętego, wygłodniałego ptactwa zostało co nieco.
Codziennie na górce było rojnie i gwarno. Dopiero kiedy słońce okryte lekką,
mroźną mgiełką na linii horyzontu zamieniało się w ogromną czerwoną kulę, a
śnieżne czapy na dachach odległych domostw i oszronione drzewa od krwawej łuny
przybierały odcień purpury, robiło się cicho i spokojnie. Mróz tężał
gwałtownie. Przemoczone rękawiczki sztywniały, a mokre nogawki portek
zamieniały w dwie blaszane rynny. Wtedy po głośno skrzypiącym śniegu, jak po
drobinach rozbitego szkła, umykaliśmy do domów.
Dopiero w cieple czuć było znużenie po dniu pełnym przygód. Po zjedzeniu
pełnego talerza pysznej kartoflanki i niezbyt starannym umyciu wskakiwało się
pod pierzynę. Ktoś gasił światło. Obserwując na ścianach i suficie ruchliwe języczki
ognia odbijającego się ze szczelin nie domkniętych drzwiczek pieca lub od
fajerek kuchni, największy nawet huncwot przybierał minę cherubinka i zasypiał.
W nocy żarzące się węgle przygasały i robiło się coraz zimniej, aż nad ranem
woda w wiadrze pokrywała się cienką warstewką lodu. Rano, gdy ogień znowu
wesoło trzaskał pod kuchnią, nie bardzo chciało się wychodzić z łóżka, ale chęć
nowych przygód była silniejsza.
Jednak nie tylko myśleliśmy o psotach i przygodach. W te ciężkie zimowe dni
wystawialiśmy własnoręcznie zrobione karmniki dla ptaków. Chodziliśmy dokarmiać
sarny, kuropatwy i zające, które nie mogły wygrzebać sobie nic do jedzenia spod
grubej warstwy śniegu. Ta dzika zwierzyna podchodziła bliżej siedzib ludzkich,
jakby szukając ratunku. Stada kuropatw biegały po ulicach osady nie bojąc się
ludzi, a w naszej komórce nocowały zające znajdujące schronienie przed zimnem i
lodowatym wiatrem. Jedynym zagrożeniem dla tych zwierząt były wałęsające się
psy. Pomagaliśmy też ludziom starszym. Robiliśmy im zakupy, przynosiliśmy wodę
ze studni, rąbaliśmy drewno.
Oczywiście bez kawałów i psikusów żyć się nie dało. Były naszym chlebem
codziennym. Kiedyś wieźliśmy na sankach kapustę i marchew do paśnika na śnieżną
pustynię pól. Przechodząc przez przejazd kolejowy namówiliśmy Lejka, który
słynął z łakomstwa, by dotknął językiem szyny. Lejek potrafił zsikać się w
portki jeszcze w czwartej klasie, więc przezwisko było adekwatne i przylgnęło
do niego na stałe. Chłopak czuł podstęp, ale kiedy Rajtuz pomachał mu przed
nosem lizakiem, uległ pokusie. Ukląkł w śniegu, wywalił jęzor i dotknął
gładkiej jak lustro powierzchni. I nagle zaczął coś niezrozumiale bełkotać,
wymachiwać łapami i przebierać nogami, rozbryzgując buciorami śnieg dokoła.
Wtem dało się słyszeć ciche cyknięcie. Jedno, chwilę później drugie.
Wiedzieliśmy, co to oznacza i tak gwałtownie jak zaczęliśmy się śmiać, twarze
zmieniły grymas, wyrażając przerażenie. Lejek też znał dobrze ten
charakterystyczny dźwięk, jaki wydają tory, gdy zbliża się pociąg. Nikt nie
zwracał uwagi, że na portkach Lejka coraz bardziej powiększa się ciemna plama,
a śnieg pod Lejkiem żółknie. Trzeba było coś zrobić. Natychmiast. Rajtuz wyjął
scyzoryk, chcąc oddzielić pechowy ozór od szyny. Dróżnik biegł już w naszym kierunku,
wrzeszcząc coś groźnie i wyklinając. Nie zastanawiałem się, tylko złapałem
nieszczęśnika za nogi i mocno szarpnąłem. I właśnie wtedy, gdy zza pobliskiego
zakrętu wyskoczył pośpieszny trąbiąc przeciągle, oderwałam Lejka od szyny.
Pociąg z łoskotem przemknął unosząc gęsty tuman śnieżnej kurzawy. Nie
czekaliśmy. Złapaliśmy sanki i chodu w pola, w zaspy, by nie dopadł nas
rozwścieczony kolejarz.
A Lejek? Lejek oczywiście dostał swojego lizaka, ale nie bardzo miał go czym
lizać. Na szynie został kawałek skórki z jego języka. Dlatego zamiast lizaka
ssał śnieg, aby zatrzymać krwawienie. Jeszcze przez kilka dni seplenił, ale
niegroźna rana zagoiła się szybko.
Niedługo po tym wydarzeniu mróz odpuścił i wkrótce przyszła odwilż. Znowu
musieliśmy chodzić do szkoły. Znowu klasówki, czasem piątka, czasem dwója i
czasem oberwało się linijką. Życie wróciło do normy. Tylko już nie pamiętam,
czy więcej łez leciało, kiedy smarowałem dłonie cebulą, czy też kiedy
dostawałem po łapach.
Kilka lat temu, wybrałem się w okolice swoich dziecięcych zabaw. Osada
zamieniła się w dzielnicę willową. Wszędzie asfalt, piękne domy złodziei
zajmujących różne wysokie stanowiska w Warszawce.
Na stacji tętniącej niegdyś życiem cicho, brudno, smrodliwie. Z poczekalni
została ponura ruina. Piec rozbity, a w miejscu, gdzie stały kiedyś wygodne
ławki – sterczą betonowe kikuty. Ani jednej szyby. Wszędzie wypisane
wulgaryzmy, które już nikogo nie rażą. Przecież nowa generacja porozumiewa się
używając kloaki.
Na wschód od stacji zaczynają się ruiny fabryki traktorów w Ursusie. To była
jedna z największych i najlepszych fabryk ciągników na świecie. Nasze
traktory szły na eksport do 56 krajów świata, a polscy rolnicy po uiszczeniu
przedpłaty, czekali na te wspaniałe maszyny 2-3 lata. One do dziś jeszcze
jeżdżą na polskich polach, bo na nowy zagraniczny drogi sprzęt, rolnik musi
brać kredyt, i tak staje się niewolnikiem żydowskiego
banku.
Ponieważ nasze ciągniki cieszyły się dobrą marką na całym świecie, fabryka się
dynamicznie rozbudowywała, aż nadeszła „demokracja”. Stojący na jej czele
zbrodniarze nowego typu, na rozkaz Sorosa zamordowali tysiące fabryk w Polsce.
Ursus oczywiście podzielił los innych zakładów.
Dziś ta fabryka wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. W epicentrum pustynia,
bo tu już wyburzono hale pod budowę nowego osiedla, którego właścicielem będą
banki. Wokół epicentrum ruiny pozostałych jeszcze hal. Księżycowy krajobraz.
Ostała się jeszcze „Energetyka Ursus”, którą zarządza synalek prezydenta
Szoguna. Młody Komorowski, podobnie jak tatuś, nie cieszy się tu dobrą sławą.
Znowu przyszła zima, a tu śniegu ni ma. Nie ma też prawie dzieci, nie słychać
nigdzie wesołych krzyków i śmiechu małych urwisów, bo przyrost naturalny jest
ujemny. Wspomnienia w zetknięciu z rzeczywistością stają się jakieś zamglone,
nierealne. Jak sen z dziecięcych lat. W sercu zakuła jakaś igiełka. Mocno
zakuła. No cóż – było, minęło. Przyszło nowe, lecz nie zdrowe.
Dyżurny Psychiatra Kraju,
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz