TAJEMNICA
Urodziłem się w Ostrołęce nad samą Narwią. W latach pięćdziesiątych było to
małe, urocze miasteczko. Wszędzie było blisko. I do sklepów ulokowanych w
starych kamieniczkach, na targ i do kościoła. Ale dla mnie najważniejsza była
Narew. Ta rzeka odmierzała rytm życia. Od wiosennych gwałtownych powodzi do
letnich kąpieli, jesiennych mgieł snujących się nad wartką wodą i czasu, kiedy
mróz skuwał ją grubym lodem.
Dlatego kiedy wprowadziliśmy się do nowego, jeszcze nie wykończonego domu pod
Warszawą, nie byłem szczęśliwy. Tęskniłem za ludźmi radosnego dzieciństwa, za
brukiem uliczek swojego miasta, a nade wszystko za błękitną moją Narwią. Wiele
dziecięcych łez wylałem wieczorami w poduszkę, aż wreszcie musiałem pogodzić
się z rzeczywistością i zacząłem szukać uroków nowego miejsca zamieszkania.
Szybko odkryłem staw na końcu pobliskiej łąki, w którym co prawda nie było ryb
jak w ukochanej Narwi, w którym jedynie wiosną kumkały żaby, ale za to można
było łapać trytony do słoja zwędzonego mamie.
Codziennie też widywałem z daleka bryłę Pałacu Kultury z jego złotą iglicą,
lśniącą w promieniach słońca jak legendarna latarnia aleksandryjska, wskazująca
podróżnym właściwy kierunek. Pałac jawił mi się jako budowla niezwykle piękna,
uosobienie ludzkich możliwości. O, jakże wtedy chciałem zostać murarzem i
wybudować jeszcze większy i piękniejszy budynek.
Szybko też zaprzyjaźniłem się z Lenką, rówieśniczką z sąsiedztwa. Państwo
Kwatkowie mieszkali w małym parterowym domku stojącym w wielkim ogrodzie wśród
starych, pięknych drzew. Tuż przy furtce rósł wysoki rozłożysty kasztanowiec, a
w ogrodzie kilka potężnych drzew czereśniowych. Były też grusze, jabłonie i
śliwy, ale już mniej dorodne, jakby zaniedbane i zdziczałe, chociaż bardzo
płodne i dające bardzo smaczne owoce. Większość sadu porastała wysoka bujna
trawa, wśród której błądziliśmy jak w stepie. W ogrodzie była też prawdziwa,
wkopana w ziemię piwnica obłożona ziemią i porośnięta trawą, wyglądająca w tym
stepie jak prawdziwy kurhan.
To był nasz dziecięcy, tajemniczy ogród. Tu zawsze można było znaleźć coś
ciekawego. Raz była to rodzina jeży, innym razem gniazdo szerszeni, przed
którymi należało umykać co sił w nogach, a jeszcze kiedy indziej udało się podejrzeć
harcujące kuny domowe.
Między domkiem, a ogrodem stał murowany budynek gospodarczy. I właśnie ta mała
budowla była bardziej zagadkowa niż wszystko wokół. Okratowane okno z
zamalowaną szybą, przez którą nie można było zajrzeć, i zawsze zamknięte na
skobel z ogromną kłódką dębowe drzwi. Nikt nigdy ich nie otwierał. Przed
progiem wysiał się dziki bez i rósł coraz wyżej i szerzej, broniąc dostępu do
tajemnicy. Dopiero po kilku latach, kiedy państwo Kwatkowie wyprowadzili się do
swojego domu, przyjechała prawdziwa właścicielka posesji, pani Krajewska. Była
ciepła wiosna tuż przed Wielkanocą. Pani Krajewska przystąpiła do porządków, by
wynająć domek innym lokatorom. Wtedy też, po raz pierwszy od wielu lat, został
otworzony budynek gospodarczy.
Ileż tam było skarbów! Stare przedwojenne gazety i czasopisma, książki – można
powiedzieć cały antykwariat. Wszystko to nie było już starszej pani potrzebne,
a nie chcąc wyrzucać tych skarbów, przekazała mojej mamie. Ja dostałem cały
worek banknotów, będących w obiegu w czasie wojny i przed nią, a nawet za
czasów carskich. Najwięcej było polskich marek, które liczyliśmy z dzieciakami
całymi dniami, aż nauczyliśmy się rachunków w milionach i miliardach. Byłem
bogaty…
Jednak największym skarbem jaki przytaskałem od pani Krajewskiej okazał się
stary patefon z przepiękną, lśniącą w kwietniowym słońcu tubą. A i płyt było co
niemiara. Wielkie i ciężkie, z nagraną muzyką, której już nie sposób posłuchać
z radia, a tym bardziej zażydzonej telewizji promującej satanistyczne wrzaski
mające niewiele wspólnego z prawdziwą muzyką. Skarbów od pani Krajewskiej
przynieśliśmy dużo, ale najbardziej wprawiły nas, dzieciaki, w zdumienie
konserwy z paczek unrowskich (UNRA – agenda ONZ zajmująca się niesieniem pomocy
krajom najbardziej poszkodowanym przez wojnę).
Mimo kilkunastu lat jakie przeleżały, okazało się, że mięso w nich zawarte
nadal zachowało świeżość. Nasz Pikuś miał wyżerkę przez wiele tygodni i
później, kiedy zapas się wyczerpał, nie chciał jeść ani zupy ani kaszy.
Podczas gdy pomagaliśmy pani Krajewskiej robić wiosenne, przedświąteczne
porządki, my dzieciaki z sąsiedztwa, opowiadaliśmy o jej własnym tajemniczym
ogrodzie. Natomiast starsza pani, uśmiechając się ze zrozumieniem, umiejętnie
kierowała rozmową na temat nadchodzących Świąt.
Uświadomiła
nam, że nie ma większej tajemnicy na świecie niż tajemnica zmartwychwstania
Chrystusa.
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz