środa, 22 sierpnia 2018

AUTOBUS NA LEŚNYCH DRÓŻKACH


PODRÓŻE KOSA I SZCZURKA
Autobus na leśnych dróżkach

Wyjazd z miasta

W pięknym mieście, bo w Opolu,
dzieci bawią się w przedszkolu.
W ogródeczku jordanowskim,
każdy spędza dzień beztroski.

Są wygodne tu ławeczki
i wspaniałe huśtaweczki.
Stoją z drewna też szałasy
i krasnale pełne krasy.
Jest samolot ze skrzydłami
i autobus malowany.

Teraz szybko was wprowadzę
(byście mieli na uwadze),
że obydwaj ci maluchy –
to nie zjawy, ani duchy.
Są to świetni mechanicy,
a mieszkają w okolicy.
Przyjaciele – Szczurek z Kosem,
są związani wspólnym losem.
Chociaż Kos ma czarne piórka,
a futerko kryje Szczurka,
to ci obaj przyjaciele –
są podobni charakterem.
Nikt nie widział ich osobno –
tworzą parę bardzo zgodną.

Teraz mali przyjaciele,
przez sobotę i niedzielę,
będą jeździć bez ustanku –
od przystanku do przystanku.

Włączył silnik już Kos mały
i przed świtem wyjechali.
Kos, choć małym jest konusem,
świetnie jeździ autobusem.

Wyjechali wnet z przedszkola,
ulicami mknąc Opola.
Już za nimi kamienice
i mieszkalne dwie dzielnice.

Kos zdejmuje z gazu nogę –
zaraz skręci w polną drogę.
Muszą dotrzeć w leśne knieje,
gdzie technika powszednieje.

Tu poznano już wygodę,
szybkiej jazdy samochodem.
Nikt dziś nie chce biegać kłusem –
każdy woli… autobusem.

Na przystanku
Dziś sobota. O poranku –
tłum zwierzątek na przystanku:
A więc stoją cztery mrówki –
ciężko dźwigać im wałówki.
Są też dzikie trzy kaczuszki –
trudno chodzić – krótkie nóżki.

Pszczółka bagaż przydźwigała.
Ciężko dźwigać, bo jest mała.
Ma nektaru antał cały –
będzie miodzik doskonały.

Na ławeczce stoi pliszka,
a pod ławką siedzi myszka.
Obie słychać już z oddali,
każda swój… ogonek chwali.

Głośno słychać dwie ropuchy.
Nadymają wielkie brzuchy
i plotkują i gadają –
wszystkich brzydko obmawiają.

Są też znane ślamazary:
dwa ślimaki i żółw stary.
Nikt wędrować nie chce pieszo –
dzisiaj wszyscy gdzieś się śpieszą.

Jeszcze skacze tutaj żabka,
a jej cera – jaka gładka!
Jej sukienka bardzo krótka,
widać żabce – żabie udka.

Żabcio patrzy się ciekawie –
chyba żabce się przedstawię!
- Jestem Żabcio, droga pani –
lubię jeździć wraz z żabkami.
- Czy nie byłoby za wiele,
spędzić z panią tę niedzielę?

Już ropuchy się nadęły,
na języki żabkę wzięły.
Obie brzydkie, chropowate,
za to bardzo są pyskate.
- „Kto to słyszał – jakie mini,
a pod spodem ma bikini!
- To zobaczyć pani musi –
ona mężczyzn wszystkich kusi!”
Coraz głośniej tak rajcują –
bo  zazdroszczą, więc plotkują.

W drogę!
Poruszenie. Z głębi boru,
słychać cichy szum motoru.
- To autobus nasz czerwony!
Jeszcze nie jest przepełniony.

- Drzwi otwarte – wsiadać proszę,
bo opóźnień ja nie znoszę!
Kos kierowca pokrzykuje,
bo tu rządzi – kto kieruje.

- Bileciki – bardzo proszę,
do nabycia po trzy grosze.
Kasownikiem - pyszczek Szczurka;
jedna dziurka, druga dziurka…
Obowiązki ma tu spore –
został przecież konduktorem.

Tu porządku pozazdrościć –
wszyscy wchodzą w kolejności.
Tylko tłuste dwie ropuchy,
zamiast wciągnąć swoje brzuchy,
rozpychając się… gra – mo – lą.
Stać tu nie chcą. Siedzieć wolą.

Ale co to? Miejsc już nie ma!
To dla ropuch bez znaczenia.
Zastosują swe metody,
by w podróży mieć wygody.
Więc kuksańców nie żałują –
słabsi z miejsc swych rezygnują.

- Kiedy wreszcie pojedziemy?
- Długo jeszcze stać będziemy?
Słychać głosy pasażerów,
których wsiadło przecież wielu.
To ślimaczą się ślimaki,
te powolne nieboraki!

- Dalej proszę, hejże wiara –
niech pomoże im ktoś zaraz!
Sama jestem już leciwa!
Zakrakała wrona siwa.
- Chętnie bym im tu pomogła,
ale mnie angina zmogła.
Słychać przecież jak ja kraczę –
głos ochrypły – nie inaczej…

Wszyscy takie wrony znają –
zawsze kimś się wyręczają.
Lecz wiewiórka z uprzejmości,
sprytnie wniosła jegomości.
A ślimaki bardzo grzecznie,
dziękowały jej serdecznie.

- To już wszyscy. Jechać można.
- Ruszaj Kosie, lecz z ostrożna!

I autobus z wolna ruszył,
mącąc ciszę leśnej głuszy.
Aż dwa susły przebudzone,
patrzą wielce zadziwione.

Mknie autobus, mija drzewa –
trzeba będzie coś zaśpiewać:
- „Nasz autobus szybko pruje –
każde serce się raduje…”
Zaczął słowik śpiewać solo.
- Teraz wszyscy niech pozwolą!
- „Och jak fajnie miły Kosie
autobusem mknąć po szosie.
Lecz uważaj miły bratku,
nie spowoduj ty wypadku!
- Prowadź pojazd znakomicie,
bo w twych rękach nasze życie.
I uważaj też na pieszych –
niechaj życie pieszych cieszy!”

Bąk i osa
Ale co to? Kos hamuje –
środkiem drogi ktoś wędruje.
Jakieś małe dwa urwisy,
strasznie łamią tu przepisy.
To jest bąk i żółta osa;
wyśpiewują pod niebiosa.
Nie dość tego, że śpiewają,
to się dziwnie zataczają.

- Hej, na drodze, przyjaciele –
nie piliście dziś zbyt wiele?!
Choć jesteście tacy mali,
zapach wina czuć z oddali!

- Tak, a jakże proszę pana –
jestem bardzo dziś pijana.
Wpadłam raptem do kieliszka,
bo powierzchnia szkła jest śliska.
Bym się pewnie utopiła,
ale tylko się opiłam.
Bąk mi przybył wnet z odsieczą,
lecz się również napił nieco.
- Wino słodkie, bardzo lepkie,
aż nie mogę kręcić łebkiem.
Ani latać, ni wędrować –
trzeba skrzydła wyszorować.
- Więc pomóżcie w naszej biedzie,
bo nas tutaj ktoś przejedzie!
Mokra osa ma już drgawki,
a bąk dostał głośnej czkawki.
Zważcie zatem wszyscy młodzi,
że maluchom wino szkodzi!

Kos podrapał się po piórkach
i tak zwrócił się do Szczurka:
- Bąk i osa są w niemocy,
więc udzielmy im pomocy.
Sporo dzisiaj już przeżyli,
byśmy tak ich zostawili.

Znów zwierzątka podróżują,
a ropuchy wciąż plotkują:
- To jest straszne proszę pani –
bąk i osa są „na bani”.
- Jest to sprawa niesłychana.
Bąk rozumiem. Ale dama?

Przy moczarach
Jest przystanek. Przy moczarach.
Pierwsza wyszła – żabia para.
Żabcio ubiegł śliczną żabkę,
by jej podać przednią łapkę.
Potem patrząc sobie w oczka,
pokicali w leśne błocka.

Wyszły tutaj dzikie kaczki
i powolne dwa ślimaczki.
Znów wiewiórka bardzo zwinnie,
dopomogła im uczynnie.
Wysiadł także żółwik stary
i podreptał na moczary.

Wsiadła teraz czapla siwa
i łasiczka urodziwa.
Nikt nie zliczy wielkiej chmary,
a ta chmara – to komary.
Jakiż rejwach. Mógłbym przysiąc,
że komarów wpadło tysiąc!

- Cóż za banda, proszę pani –
taka zgraja, z ropuchami?
- Nie potrafią się zachować –
jak z motłochem podróżować?!

Znów autobus mknie przez las,
z przygodami mija czas.
Bo gwałtownie, w poprzek drogi,
przebiegł baran krętorogi.

Kos gwałtownie zahamował
i się bardzo zdenerwował:
- Jakże chodzisz, ty baranie?
W miejscu przecież nikt nie stanie!
Wszak na drodze brak uwagi,
to nieszczęście dla łamagi!

Zawsze spojrzyj: w lewo, w prawo –
później przechodź bardzo żwawo,
gdy po drodze nic nie jedzie –
ba się można… znaleźć w biedzie!

- Ja autobus wasz widziałem,
ale wie pan? Zbaraniałem!
Swojej winie nie zaprzeczał,
po czy baran się… rozbeczał.

Nie na żarty Kos się wzburzył,
ale szybko też rozchmurzył.
Oto idzie sześć jeżątek,
zachowując tu porządek.
Idą lewą drogi stroną,
do chodzenia przeznaczoną.

Ciągle płacząc, baran bąka:
- Wcale nie wiem, gdzie jest łąka.
Więc podrzućcie mnie panowie,
bo zgubiłem się w dąbrowie.

Łąki szukałby do rana,
więc zabrali też barana.

- Ruszaj Kosie, wolna droga –
niecierpliwi się stonoga.
Jadę dzisiaj na wesele –
mam ja czasu już niewiele!
- Kiedy buty swe obuję?
- Czy w godzinę zasznuruję?

Kos życzliwie ruszył zrazu,
zaraz potem dodał gazu.

A ropuchy jak to one,
siedzą obie napuszone.
Damy ciągle te plotkują –
wszystkich zaraz skrytykują.

- No wie pani? Ja nie mogę!
Już ja widzę tę stonogę,
gdy z partnerem tańczy walca,
a gość depcze jej po palcach.
Mogą splątać jej się nogi.
Będą żarty ze stonogi!

- A ja powiem pani skromnie –
lubię tańczyć przeogromnie.
- Jako śliczna więc ropucha,
pięknie tańczę – taniec brzucha.
Gdy tańczyłam na zabawie,
przyglądano się ciekawie.
A już śmiali się do rana,
gdy tańczyłam im… kankana!

Ropuchy – kłamczuchy
Znów przystanek. Przy polanie.
To przystanek na żądanie.

Tutaj wyszły wszystkie mrówki,
i wyniosły swe wałówki.
Od przystanku bardzo blisko,
stożkowate jest mrowisko.
No i pszczółka też nie zwleka,
bo w pobliżu jest pasieka.

Wsiadło za to sześć biedronek,
żuk, jelonek i skowronek.
Jeszcze żwawo na sam koniec,
cicho wślizgną się zaskroniec.

Już autobus mknie po lesie,
aż motoru echo niesie.

- Nie wiem o czym już plotkuję –
tak ten silnik hałasuje.
Zaraz będę całkiem głucha!
Głośno skarży się ropucha.
- Niech on warczeć tak przestanie,
bo utrudnia plotkowanie!

Jest zasada bardzo stara,
zna ją każda snadź plotkara:
Do obmowy zawsze niecnej –
są ofiary nieobecne.
Więc ropuchom już podpadła,
mała pszczółka, bo wysiadła.

- A pamięta pani pszczołę,
która wniosła tu z mozołem
słodki nektar w swym antale?

- Och, pamiętam doskonale!
- Otóż ona pani miła –
pewną wdowę pożądliła!
- Ta kobieta, proszę pani,
ma wspólnego wiele z nami.
Ona bywa bardzo skora,
by plotkować do wieczora.
- Ileż pszczoła miała złości,
by kłuć pupę tej jejmości!
Wrzeszczeć baba zaczynała,
 a ta pszczoła podleciała
(bo nie lubi widać krzyku)
i… usiadła na języku.
- I wie pani co zrobiła?
- W język wdowę użądliła!
Język urósł jak ta bania –
spuchł instrument plotkowania.
- To jest zbrodnia, proszę pani,
gdy plotkarkę tak się rani!

Święta racja. Trzeba wiedzieć,
że nie mogła tydzień siedzieć.
Gorsze było wszak dla wdowy,
gdy jej napuchł narząd mowy…

Przyłapałem te ropuchy,
gdyż plotkarki – to kłamczuchy!
Bo też pszczółka z tego słynie –
raz użądli – potem ginie.
Nigdy nie ma tu jej winy,
bo nie żądli bez przyczyny.

Stonka
Jest przystanek. Kartoflisko.
Wokół klęska – zżarte wszystko.
Tu została goła ziemia –
brak ziemniaków do jedzenia.

Na przystanku tłum niesforny;
lśnią pasiaste uniformy.
Nagle słychać głos skowronka:
- proszę państwa – to jest stonka!

Tłum jest gęsty, tłum faluje,
każdy w tłumie gumę żuje.
Kos już wszystkie drzwi otwiera,
a ta ciżba wciąż napiera.
Aż autobus cały trzeszczy.
Raptem ktoś tu strasznie wrzeszczy:
- nie po palcach, nie po nogach!
Głośno skarży się stonoga.

- To jest chamstwo, proszę pani –
oni mają innych za nic.
- Już urwali moje klipsy –
to jest czas… apokalipsy!
Jedna z ropuch obrażona,
skrzeczy cała roztrzęsiona.

- Panie Kosie! - niech pan jedzie –
przecież my – jak w beczce śledzie!

- Wiem, że tłok wam dziś doskwiera,
lecz są prawa pasażera.
- Kto bilety chce kasować –
zawsze może podróżować!

- Ależ stonka, to szkodniki –
te żarłoczne basałyki!


- Tylko we wsi mówią wszyscy,
że ze stonki brak korzyści.
Jako bażant dla przykładu,
próżno szukałby obiadu.
Więc potępiam tę nagonkę.
- Jestem smakosz. Lubię stonkę.

- Kto nas nazwał – basałyki?
- Stonka rodem - z Ameryki!
Przybyliśmy z ziemniakami –
do ziemniaków – prawo mamy.
Jak jankesi też żujemy.
- Chcecie gumy? – Częstujemy!

To są polskie obyczaje,
naśladować obce kraje.
Teraz wszyscy gumę żują –
co zachodnie, to małpują.
Zaraz poszły w ruch jadaczki –
żują pyszczki i żuwaczki.
Jak w liniowych autobusach,
każdy chętnie…gębą rusza.

Już autobus pędzi drogą,
jednak dzioby żuć nie mogą.
Toteż słowik, śpiewak znany,
czas umila tu ariami:
„Piękna nasza polska ziemia,
a piękniejszej w świecie nie ma.
Tu najtęskniej słowik śpiewa,
marzycielsko szumią drzewa;
strumyk szemrze romantycznie,
księżyc świeci nam magicznie.

Tu radośnie słonko wstaje,
by w cudowne polskie maje
budzić leśne, ptasie chóry –
śpiewające hymn natury.

Tutaj niebo czasem smutne,
noc ubiera w piękną suknię.
Gwiazdy lśniące jak brylanty –
do snu grają nam kuranty.

Droga wszystkim nam Ojczyzna –
ziemia święta – ojcowizna.
Każdy kamień jest tu drogi
i gościnne polskie progi.
Pod ojczystym tylko niebem,
przywitają solą chlebem.

To dlatego kres jest szlaków,
dla wędrownych, wolnych ptaków.
Każdy z nich zadowolony,
więc skrzydlatych tu miliony.

W Polsce mieszkać się opłaca,
toteż bociek zawsze wraca.
Z gniazda klekce jak z ambony,
że za krajem był stęskniony.

- Och, jak polski chleb smakuje,
gdy obcego popróbujesz!

Ostatni przystanek
To przystanek obok łąki.
Poruszenie jest wśród stonki,
bo od łąki bardzo blisko,
wypatrzyła kartoflisko.
Jeszcze całkiem jest zielone,
przez nikogo nie zjedzone.

Teraz słońce już zachodzi,
a ta banda wciąż wychodzi.
Wreszcie wyszła stonka tłumnie,
a za stonką kroczy dumnie
piękny bażant kolorowy.
Wnet rozpocznie swoje łowy,
bo jest dzisiaj bardzo głodny –
w walce z stonką niezawodny!

Jeszcze tylko jakby z procy –
biały baran tu wyskoczył.
Łąka ta, jest mu znana,
więc smacznego – dla barana.

Wsiadło za to świerszczy wiele.
Oni jadą, by w niedzielę,
w leśnej ciszy na polanie,
cieszyć wszystkim swoim graniem.
Każdy z nich ma frak zielony
i instrument nastrojony.

Znów autobus pędzi śmiało –
kończy trasę wnet wspaniałą.
Przebył drogi co niemiara,
więc się cieszy leśna wiara.

Ileż było dzisiaj przygód,
niebezpieczeństw i niewygód;
choć z sobotniej, świetnej jazdy,
jest szczęśliwy zwierzak każdy.

Lecz ropuchy narzekają,
ciągle na coś wybrzydzając.
A to oknem je zawiewa,
to znów słonko je przegrzewa.
- „Kos powinien, proszę pani,
wozić worki z ziemniakami!
- Na kierowcach my się znamy,
wszak jesteśmy – wielkie damy…”
Nawet Szczurek im niestety,
źle skasował dwa bilety!

Ciemne w lesie są wieczory,
Kos więc włączył reflektory.
Pojazd wzbudza podziw w lesie,
szum silnika echo niesie.
Każdy zwierzak wzrok swój wlepia –
w kniei wszystkie błyszczą ślepia.

Trzeba zwolnić tu koniecznie,
gdyż jest bardzo niebezpiecznie.
Zagrożenia już jest próbka,
bo zajączek stanął słupka.

Teraz maluch długouchy,
wykonuje dziwne ruchy.
Zamiast z drogi hen uciekać
i z ucieczką swą nie zwlekać,
to w snop światła pocwałował.
Kos na szczęście zahamował.
A zajączek, jak ta trusia,
pyta teraz: - gdzie mamusia?
A no właśnie. Brak rodzica,
gdy po drodze maluch kica.
To są skutki opłakane,
gdy dzieciaki chodzą same!

Już nad lasem wzeszły gwiazdy,
na dziś koniec świetnej jazdy.
Kos pod dębem zaparkował
i podróżnym podziękował:
- Dzięki wszystkim – idźcie w lasy,
bo na dzisiaj – koniec trasy!
- Miło było jeździć z wami,
więc na jutro zapraszamy!

Czy to sen?
Cichy wieczór jest w dąbrowie,
poszli spać pasażerowie.
To ostatni – zapóźnieni.
Kos i Szczurek są zmęczeni.
Szczurka boli cała szczęka –
kasowanie – to udręka.

Choć to zuchy nad zuchami
powstał problem z… ropuchami.
Wcześniej wysiąść zapomniały,
no bo przecież plotkowały.
Te ropuchy – szkoda gadać,
teraz nie chcą też wysiadać.

- Och panowie – my żądamy,
bo jesteśmy z klasą damy –
byście byli tacy mili,
do ogrodu podrzucili,
gdzie jest nasze środowisko.
- My żądamy! I to wszystko…

Szczurek na to, kręcąc wąsem,
odpowiedział im z przekąsem:
- Jakie z was są znowu damy –
my odpocząć tutaj mamy!
Kos się wyspać dobrze musi,
by o świcie znów wyruszyć!

Nagle słychać świst sapania
i ciężkiego dźwięk stąpania.

- Co wam Szczurek tu powiedział?
zagrzmiał z mroku głos niedźwiedzia.
Więc ropuchy – już nie gadać,
brać tobołki i wysiadać.
- Pókim dobry, bez przymusu,
a więc fora – z autobusu!

- Dla was mali przyjaciele,
słów wdzięczności mam tu wiele.
Wasza praca choć społeczna,
jest niezwykle pożyteczna.

- Pomyślały snadź zwierzątka
i o waszych też żołądkach.
Mamy ciastka i jagody
i źródlanej butlę wody.
- Więc zapraszam moi mili,
byście zjedli i popili!

No i poszli chłopcy młodzi,
bo odmówić się nie godzi.
A ropuchy się zebrały,
jak niepyszne po – czła – pa – ły.

Krótko w nocy druhy spali,
bo o świcie wyjechali.
Znów autobus weekendowy,
pomknął raźno wśród dąbrowy.
Znowu przygód było wiele –
tak spędzili tę niedzielę.
Gdy zapadła noc w Opolu,
pojawili się w przedszkolu.
Stanął pojazd znów przy ławkach,
piaskownicy i huśtawkach.

Kos ze Szczurkiem się starali,
wnet autobus posprzątali;
bo gdy coś jest pożyczone,
ma czyściutkie być zwrócone.
W poniedziałek przyszły dzieci,
a autobus aż się świeci.

Siadłem w parku na ławeczce
i zdrzemnąłem się troszeczkę.
Dawno zgasła w ręku fajka –
może śniła mi się bajka?

Ale co to? Gdzieś z pod ławki,
dobiegł znany odgłos czkawki.
Tak w Opolu się znaleźli,
bąk i osa… całkiem trzeźwi.
A więc nic mi się nie śniło,
bo w istocie tak to było.

- Gdzie jesteśmy, proszę pana?
- Czy nie byłam ja pijana?
Osa sennie pyta bąka.
Ten ze wstydu aż się jąka:
- Och, byliśmy – proszę pani,
raczej bardzo niewyspani.
Szczurek widząc tak zaspaną,
do Opola przywiózł panią;
a ja z panią – przytulony,
lepkim winem wciąż sklejony.

- Trudno jest się nam rozłączyć,
lecz opowieść trzeba kończyć.
Uznam ją za zakończoną,
gdy zostaniesz moją żoną!
- Mój ty bąku – jak mi miło…
Tak to właśnie się skończyło.

Jeszcze było gdzieś wesele,
lecz ja o tym wiem… niewiele.

Cezary Piotr Tarkowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA

  PIERWSZY DZIEŃ FERII KOTA PROTA   Jutro ferie już zimowe. Prot ma plan wiec co się zowie. -Co tam szkolne lodowisko- jedzie ko...