ŻNIWA
To było dawno, w epoce życia szczęśliwego. Wprowadziliśmy się do nowego domu w
Gołąbkach. Budynek w stanie surowym, pracowali jeszcze murarze. Abym nie
przeszkadzał, ojciec postanowił wywieźć mnie do rodziny na wieś.
Na stacji w Żychlinie czekał na nas stryjek Franek bryczką, zaprzężoną w dwójkę
koni. Jechało się wygodnie jak karetą. Kawałek od poznańskiej szosy, w miejscu
gdzie stała kapliczka Matki Boskiej, zaczynał się Ernestynów. Otwarta brama
zapraszała w gościnę. Serdecznie wita nas babcia i dziadek, ciocia Frania i
dzieciaki.
Pogodne lato. Lekki wiatr kołysze dojrzewające zboże. Cudowny, złoty ocean
falujący miarowo, a wraz z nim lazurowe wyspy chabrów i płonących czerwienią
maków. Zaczęły się żniwa. Szast, szast i mleczne źdźbła kładły się równo
pokotem, by zaraz sprawnie zebrane, związane liną powrósła, stanąć w zwartym
szeregu mendla. Teraz blond czupryna kłosów, mogła dosychać w słońcu gorącego
lata. Co jakiś czas żniwiarz stawał wyprostowany i wyciągniętą zza paska osełką
ostrzył kosę. Miarowe, metaliczne szurnięcia mieszały się ze śmiechem, lub
śpiewem pracujących ludzi.
Jako sześcioletni brzdąc, nie miałem nic do roboty. Chodziłem po polu i
obserwowałem nieznany dotąd świat. Rżysko kuło w stopy, a ja wdychałem
cudowny zapach ściętego, dojrzałego zboża. Stąd rozpościerał się widok na
całą wieś. Oto rząd stodół, które rozsiadły się jak baby w grubych, słomianych
sukniach strzech. Z dala lśniły soczystą zielenią liście drzew osłaniających
gospodarstwa od wichrów, dając ukojenie ludziom i zwierzętom w chłodzie cienia.
Co jakiś czas w kierunku wsi, wyruszał wóz drabiniasty naładowany snopami.
Płynął jak złocisty okręt wśród falujących łanów. Skrzypiał i bujał się lekko
na wybojach polnej drogi, by zniknąć w paszczy stodoły. Po godzinie pojawiał
się znowu. Teraz pusty i lekki gnał radośnie, ciągniony przez dwójkę dziarskich
koni, hurkocząc po kamieniach. A woźnica stojąc w rozkroku jak Rzymianin na
bojowym rydwanie ścigał się z wiatrem, by po krótkiej, szalonej jeździe,
skręcić na ściernisko. I znowu pracowite dłonie ładowały snopy i mały wóz
zamieniał się w stertę słomianego złota zmierzającą do wciąż głodnej stodoły.
Kiedy słońce przestało palić i wędrowało z wolna ku zachodowi, na drodze
pojawiała się drobna sylwetka, która przesuwała się wolniutko od strony wsi. To
babcia niosła żniwiarzom podwieczorek. Oto pękaty dzban z kawą zbożową
zabielaną mlekiem i kosz wyłożony bielusieńką, wykrochmaloną serwetą. W
ściereczce zawinięty chleb. Pyszny, prawdziwy chleb, zawsze świeży, choć
wypiekany raz w miesiącu. W drugiej ściereczce ser o niepowtarzalnym,
wykwintnym smaku. I masło. Prawdziwe, świeżutkie, silnie pachnące…masłem. I
jeszcze pyszne ciasto drożdżowe i konfitury. Jeszcze króciutka modlitwa i
można zabrać się do uczty.
Te podwieczorki pod dziką gruszą na miedzy, wśród aromatów złocistych
łanów, śpiewających polnych ptaków i bzyczenia owadów, były najbardziej
wytwornymi, jakie kiedykolwiek jadłem. A apetytu dodawał jeszcze pełen miłości
uśmiech i babcine błogosławieństwo.
Mijały dni. Wreszcie przepełnione stodoły, nie mogły przyjąć już więcej snopów.
Urodzaj. Resztę plonów trzeba było składać w stogach.
Któregoś popołudnia, gdy żniwa dobiegały końca, niebo pociemniało od zachodu.
Zbliżała się wielka chmura. Najpierw szara, lekko przymglona, wyglądała jak
śpieszące ku wiosce, potężne, siniejące w oddali szczyty Tatr. Teraz ciemniała
szybko i wydawała groźne pomruki chcąc wystraszyć słońce, które jakby na zapas
zaczęło przypiekać mocniej, jeszcze mocniej niż w południe.
Rolnicy, jak niegdyś marynarze na statku zwijający żagle przed sztormem,
zbierali pośpiesznie co mogli z pól, zgarniali niespokojne krowy z pastwisk
i szybko zaprowadzali do bezpiecznych obór.
Przez moment kolory świata nabrały ostrości. Zieleń olszyn pod Odolinem i
czerwień dachówek na tle ciemnogranatowej chmury i złoto stogów ustawionych jak
babki z piasku, a nawet pióra dumnego koguta, który pieniem zwoływał kury do
jaskrawo bielejącego kurnika, gdy zgasło słońce i na dworze pociemniało.
Gwałtowny podmuch wiatru uniósł z podwórka tuman kurzu, źdźbła słomy, jakieś
papiery. Zawirował i ucichł. W pewnym momencie niebo rozświetliła błyskawica i
rozległ się potężny grzmot, potem drugi. Teraz wiatr zerwał się na dobre i
lunął deszcz. Konary drzew wygiętych do samej ziemi, oddawały pokłon żywiołowi.
Siedzieliśmy w letniaku. Ogień pod kuchnią rwał do komina wciągany wichurą. W
oknie postawiono gromnicę. Nasza ukochana babcia uklękła i zaczęła modlić się
do św. Floriana, by uchronił wieś przed pożarem. Była bardzo pobożna.
Codziennie patrzyłem, jak w jej pooranych ciemnymi bruzdami, spracowanych
palcach, przesuwają się wolniutko koraliki różańca.
Burza była gwałtowna. Opętany szaleństwem wicher połamał gałęzie, niebo
jaśniało tysiącem błyskawic, a wszystko trzęsło się i drżało od ciągłego
grzmotu piorunów. I nagle ucichło. Znowu zaświeciło słońce, a ziemia została
nagrodzona przez Jubilera Świata milionem brylantów rozsianych rosą po trawie.
Tego dnia już nikt nie wyszedł w pole. Szczęśliwi ludzie
dziękowali Bogu, że zdążyli zwieźć swoje plony przed nawałnicą. Było cicho i
spokojnie. Gdzieś muczała krowa, zaszczekał pies. Zachodzące słońce rozlało swą
purpurę nad ścierniskami, a korale jarzębiny, czerwieńsze niż zwykle,
przypominały o nadchodzącym końcu lata.
Kiedy rolnicy zakończyli obrządek i wieczorny udój, księżyc rozświetlił swym
metalicznym blaskiem sufit świata. Zamigotały gwiazdy wsłuchane w cykanie
tysięcy świerszczy i cichy szum liści poruszanych lekkim zefirkiem. Cudowna
filharmonia natury, utulała wieś do snu.
To taki obrazek z roku 1959. Chciałbym dodać, że po żniwach, zazwyczaj w jedną z
wrześniowych niedziel, w większych wioskach odbywały się dożynki. To ludowe
Święto Plonów, typowo słowiańskie, w Polsce szczególnie uroczyście i pięknie
obchodzone. Dożynki zaczynały się mszą dziękczynną za plony, po której odbywała
się część oficjalna powiązana z pięknymi zwyczajami ludowymi, a wieczorem
kończyły się zabawą przy muzyce ludowej, która była elementem naszego
wspaniałego folkloru.
Współczesne dożynki mają miejsce w gminach. Część oficjalna to bredzenie o
„zdobyczach cywilizacyjnych”, dopłatach, ( 70 % niższych niż otrzymuje rolnik
niemiecki czy francuski) a wszystko dzięki masońskiej Unii Europejskiej,
dzięki której polski rolnik jest szczęśliwy. Dożynki kończą się dyskoteką przy
podrygach nachlanych, lub naćpanych uczestników, w rytm barbarzyńskiego łomotu
satanistycznej „muzyki”.
Istotnie, wieś została zmechanizowana, ale fakt ten zwielokrotnił koszty
produkcji. Ceny maszyn są jak na Zachodzie, a ceny skupu uwłaczające godności
ludzkiej. Paliwo droższe niż w innych krajach. Dziś, aby kupić zagraniczny
ciągnik, lub inną maszynę, rolnik musi wziąć kredyt z żydowskiego banku na
lichwiarski procent. Prawie każde gospodarstwo rolne jest zadłużone. Wielu
rolników nie może udźwignąć ciężaru lichwy, a przede wszystkim bandyckich
odsetek i gospodarstwo przejmuje bank. Wtedy rolnik zmienia zawód i zostaje
żebrakiem, a jeśli jest młody, szuka szczęścia na emigracji. Podczas gdy w
opisywanym przeze mnie okresie pracę rolnika szanowano i to bardzo, a jego
praca była opłacalna, tak teraz najczęściej koszty produkcji są wyższe od cen
skupu. Kiedyś rolnik uprawiał i hodował to, co było dla niego najbardziej
opłacalne. Mógł hodować zwierzęta jakie chciał i ile chciał, teraz jego uprawy
są szpiegowane przez system satelitarny, a zwierzęta czipowane. Jeśli nie
zgłosi w odpowiednim czasie narodzin cielaka, grozi mu odebranie dopłat. Takiej
inwigilacji i totalitaryzmu na polskiej wsi nie było w historii naszych
dziejów, nawet w okresie okupacji hitlerowskiej. Polski rolnik, na własnej ziemi,
stał się niewolnikiem bardziej zniewolonym i upodlonym niż w czasach
pańszczyzny, a posłowie i rządziciele nazywają ich zwyczajnie – chamami. To
określenie nie raz słyszałem w Sejmie. A eurodebile śpiewają „Odę do radości”!
Wynikiem żydo-masońskich działań, jest masowe wywłaszczanie rolników. Widziałem
całe duże wyludnione wsie. Nie tylko na wschodzie Polski, ale i w centrum. Taka
sytuacja ma miejsce na zachodnich obrzeżach Puszczy Kampinoskiej i nie tylko.
Oto wieś Smolarnia w okolicach Radziwiłowa k. Skierniewic. Cisza. Nie słychać
szczekania psów, muczenia krów, tylko wiatr świszcze między całkiem dobrymi
budynkami. Drzwi i okna domów, podobnie sklepu, gdzie tętniło niegdyś życie,
zabite deskami, a wokół ugory na których rosną już dorodne brzozy i jakieś
krzewy. Jak w okolicach Czarnobyla. Różnica między tymi opuszczonymi wioskami
jest tylko taka, że w Czarnobylu była katastrofa atomowa, a w Polsce mamy
katastrofę Unii Europejskiej. I jeszcze jedno: Starzy ludzie z okolic
Czarnobyla wracają, by jako wolni ludzie umrzeć na swojej ziemi. U nas starzy
ludzie umierają zatruwani żywnością i trucizną zrzucaną z samolotów na cały
kraj (patrz chemtrails, lub smugi chemiczne). Ale ścigani przez Urzędy
Skarbowe, banki, bandyckie „firmy” windykacyjne i bezlitosnych, ateistycznych,
szubrawych komorników, nie umierają jako wolni ludzie. Tak w Polsce, wcześniej
czy później na ziemiach opuszczonych przez wyżyłowanych rolników powstaną
kibuce. I produkcja rolna będzie się opłacała! Z podatków, z naszej krwawicy będą
takie dotacje, że członek kibucu osiągnie zarobki ministerialnych urzędasów!
A jak wyglądają żniwa dziś? Dziś pan Mundek wsiada na kombajn i szybko goli
areał. Praca jest lżejsza niż za czasów tow. Gomułki, ale wielokrotnie droższa,
bo utrzymanie konia kosztowało grosze i pasza dla niego była z własnego pola
bez vatu i akcyzy. Teraz kombajn kosztuje tyle co kilkadziesiąt koni
pociągowych, a paliwo trzeba kupić z vatem i akcyzą, które stale rosną, bo
współczesne rządy nie znają umiaru. Na podwieczorek pan Mundek zje parówki, w
których nie ma mięsa, za to nasycone różnymi rakotwórczymi „E”, „C” i innymi
świństwami. Przegryzie chlebem nafaszerowanym pogarszaczami i popije piwem, w
którym zamiast chmielu jest zwierzęca żółć, albo wiklina - to (nowoczesne
technologie) stosowane w celu upodobnienia „piwa” do piwa. Niestety rolnicy
coraz rzadziej produkują żywność domowymi sposobami, tylko kupują zatrutą w
hipermarketach należących do obcych. Dlaczego? Oni po prostu nie mają czasu,
mają go mniej niż na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Bo
kiedyś konia nie trzeba było reperować, a maszyny – im nowocześniejsza, tym
szybciej się psuje. Nie stać rolnika na reperację w specjalistycznych
zakładach, naprawia więc sam. A to zajęcie bardzo pracochłonne. Kiedyś
rolnik jechał ze swoimi płodami do punktu skupu i swoje płody sprzedawał od
ręki i za godziwą cenę. A dziś ma problemy ze sprzedażą, bo rząd pozwala na
sprowadzanie najgorszej jakości płodów z zagranicy. Na przykład pod młynem w
Szymanowie, rolnicy czekają w kolejce po kilka dni i nocy, aby sprzedać zboże i
nie zawsze zapłata pokrywa nakłady w uzyskanie plonu.
Ludzie mówią, że w rządzie są barany, brak jest gospodarza. Naprawdę? Wszyscy
premierzy i ministrowie w ciągu 26 lat to debile? Nie, to celowa polityka,
mająca na celu zniszczenie polskiego rolnictwa. Najpierw sukcesywnie i z wielką
starannością niszczyli polski przemysł. A kiedy ta zbrodnicza robota
została wykonana, z uporem niszczą rolnictwo i rugują chłopa z ziemi, którą uprawiał
w znoju od dziesiątków pokoleń! I to nie jest problem tylko rolników. To
żywotna sprawa każdego Polaka!
I jeszcze jedno: Do 1989 r. nikt nie słyszał o niedożywionych
dzieciach na wsi, a dziś to plaga. Ale czasy!
Dyżurny Psychiatra Kraju
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz