LIS NIKITA
Lis Nikita,
znany w borze,
mieszkał
sobie w lisiej norze.
Norę tę
dostał po dziadku,
zostawioną
niegdyś w spadku.
Tu urządził
swą sypialnię
i salonik i
jadalnię.
Ma łazienkę
też z prysznicem;
kuchnię
zrobił znakomicie.
Kuchnia
ważna dla Nikity,
bo zeń
kucharz znakomity.
On nie żyje
tutaj marnie –
zawsze pełną
ma spiżarnię.
Czasem
późnym już wieczorem
rusza do wsi
z wielkim worem.
Robi podkop
do kurnika
i z kurami z
wioski znika.
Te wyprawy
do kurnika
niosą z sobą
moc ryzyka.
Więc Nikita,
choć rozsądny,
często bywa
też przesądny.
Lis w
salonie ma portrety
nieżyjących
już, niestety,
czterech
wielkich swoich przodków.
Pierwszy
został wśród opłotków
przez psów
sforę zagryziony.
Drugi poległ
zastrzelony.
Trzeci we
wsi też padł trupem,
gdy nawiewał
ze swym łupem.
Taka dola
kurokrada,
kiedy z
workiem się on skrada.
Ale czwarty
dziad Nikity,
był
guślarzem znakomitym.
Sędziwego
dożył wieku
za przyczyną
amuletu.
Teraz młody
lis Nikita
zabobonów
też się chwyta.
Ceni sobie
amulety,
lecz ważniejsze
są portrety.
Kiedy
siądzie w saloniku –
ten
włamywacz do kurników,
a z
portretów słychać łkanie,
znak, że
złego coś się stanie.
Wtedy nie
jest wcale skory,
by wychodzić
z lisiej nory…
Teraz jednak
ci przodkowie
mają
uśmiech, co się zowie.
Znak, że lis
tu dziś, bezsprzecznie,
wróci z
łupem i bezpiecznie.
Czas
wyruszyć z workiem z lasu.
Na czekanie
szkoda czasu!
Może trafi
się indyczka,
może gąska,
lub perliczka.
Ma w
złodziejstwie wielką wprawę,
kiedy rusza
na „dzierżawę”.
To jest to,
co w lisiej gwarze –
posiadają
gospodarze.
Tu koperek,
tam fasolka –
wszystko
trafia wnet do worka.
Lis
jadłospis ma obszerny,
bo jest
zwykle wszystkożerny.
Oczywiście
jest smakoszem –
preferuje
więc kokosze!
Gdy nie
zamknie ktoś piwnicy,
niech ze
stratą też się liczy.
Lis jest
sprytny niesłychanie,
w mig
odkrywa zaniedbanie.
Co z
półeczek ściągnąć może,
wnet się
znajdzie w jego worze:
A więc
soczek malinowy,
dla Nikity
bardzo zdrowy;
w słojach
mięsko peklowane –
będzie zimą
pyszne danie.
Tu
śmietanka, tam osełka
przepysznego
wręcz masełka.
Jeszcze
dżemik i jajeczka –
wszystko
trafia do woreczka.
Jest
słoninka i kiełbaska,
aż Nikita
zaczął mlaskać;
bo kiełbaska
jest z czosneczkiem,
uwędzona
wczoraj w beczce.
Jest
boczuszek, uwędzony,
i szyneczka,
balerony.
Wszystko
pyszne, wszystko zdrowe,
bardzo dobre
– bo krajowe!
Wrócił lisek
do swej jamy,
ciężkim
łupem przedźwigany.
Do spiżarni
włożył wszystko,
później
posłał legowisko.
Ma pierzynkę
i poduchy –
to prawdziwe
gęsie puchy.
Gdyby ktoś
się tutaj pytał,
nie jest
głupi ten Nikita.
Bo też
nigdzie w norce jego,
nie
uświadczysz nic sztucznego.
Zasnął lisek
bardzo smacznie,
bo niebawem
świtać zacznie.
Spałby długo
nieboraczek,
lecz do
drzwi mu ktoś kołacze.
Biegnie
lisek do wizjera
i z radością
drzwi otwiera,
bo choć
wczesna to godzina,
już przybyła
doń rodzina.
Dziś Nikity
imieniny –
stąd się
wzięły odwiedziny.
Same ciotki
i stryjowie,
i kuzynów
całe mrowie.
Pełna lisów
lisia nora,
bo rodzinka
całkiem spora.
Ciotka z
wujem Izydorem
przyszli tu
z telewizorem.
Były inne
też podarki,
więc Nikita
do spiżarki
i do kuchni
biega kłusem.
Zaraz nakrył
stół obrusem,
i na stole
lądowały
zagrabione
wiktuały:
więc
kiełbaska, balerony
i boczuszek
uwędzony.
W całej
teraz lisiej jamie
wnet
rozległo się mlaskanie.
Już się w kuchni
piecze gąska –
ależ będzie
to przekąska!
Lis dokłada
na półmisy –
ciągle
głodne są te lisy…
Lis gdy
głodny – żabę zjada,
a tu taka
jest Kanada!
Wszak
gościnność spotkać może,
każdy
zwierzak w polskim borze!
Teraz gąska,
żurawina,
a do tego
lampka wina.
Biega ciągle
lis Nikita,
aż powiewa
jego kita.
Pyszne
polskie są indyki,
zrobił lis z
nich kotleciki.
To kotlety
jak schabowe,
lecz od
schabu bardziej zdrowe.
Ależ tu jest
zajadanie!
Ci
przodkowie, co na ścianie,
widząc taką
moc kotletów
pragną wyjść
ze swych portretów.
Obraz miewa
mocne ramy,
więc wysiłki
idą na nic.
Wisi przodek
na portrecie,
aż ślinka mu
z pyska ciecze;
więc
pragnieniem przodka liska
jest by
ściągnąć coś z półmiska.
Nasz
gospodarz się ugania,
już na stole
nowe dania.
A ja dodam w
międzyczasie:
był też
chlebek na zakwasie.
Smaczny
chlebek, ten rumiany,
zjadły lisy
z okruszkami.
- Taki chleb
je rzadko kto.
Jest on
pyszny, że ho, ho!
Ciągłe
słychać tu zachwyty
skierowane
do Nikity.
- Wszystko
pyszne,
wszystko
swojskie,
bo to jadło
nasze – polskie!
Lisy się
najadły wreszcie,
ale będzie
deser jeszcze.
- Pyszne
ciasto więc drożdżowe,
no i lody
bakaliowe.
Wuj Izydor,
jedząc lody,
opowiadał
swe przygody:
- Tam, gdzie
mieszkam, pewnie wiecie,
cztery fermy
są w powiecie,
a w nich
klatki z kurczakami –
można liczyć
tysiącami!
Ktoś pomyśli
może dzisiaj,
że to
szczęście jest dla lisa.
Kto tak
myśli – ten jest w błędzie,
bo jest źle,
a gorzej będzie!
Raz włamałem
się do fermy,
lecz łup
miałem wręcz mizerny
i uszedłem
ledwo z życiem,
bo mnie
nakrył sam właściciel.
Strzelał z
flinty po zdradziecku,
wrzeszcząc
na mnie po niemiecku.
Kiedy
indziej, w innej fermie,
napchałem
wór pazernie.
Kur
wyniosłem worek cały,
ale mi nie
smakowały.
Źle się
czułem, bo jak gdybym
jadł
miast kur – cuchnące ryby!
Teraz
wiecie, myślę sobie,
że nie
zdrowe z fermy drobie.
Coraz
rzadziej mi się zdarza
jadać kury
gospodarza.
Więc nie
widzę innej rady –
wyprowadzam
się w Bieszczady!
Nie czekając
ani chwili,
wtrącił
teraz stryj Bazyli:
- Ciężkie
czasy są dla lisa –
coraz
bardziej pusta misa.
Chociaż kur
są w fermach krocie,
grozi lisom
bezrobocie!
Siedzą lisy,
zajadają,
no i
wszystkie narzekają.
- Racja nasz
Bazyli, racja.
Czeka
wszystkich emigracja!
Tak biadolą
siedząc w kole,
jak przy
każdym polskim stole…
Narzekano do
wieczora,
aż nadeszła
wyjścia pora.
Kończąc
ucztę wyśmienitą,
pożegnano
się z Nikitą.
Został lisek
sam w swej norze
i nadziwić
się nie może,
jaką świetną
ma rodzinę.
- Z tą
rodziną ja nie zginę –
szepce sobie
tu przejęty,
oglądając
swe prezenty.
Oto buty
szybkobiegi –
odrzutowe to
pepegi.
Będąc w buty
te obuty,
wróci z
wioski w dwie minuty.
Gwiżdżąc
sobie na psią sforę,
w lot
osiągnie lisią norę.
Dostał
również urządzenie,
co ułatwi mu
patrzenie
nawet
podczas nocy czarnej,
kiedy każdy
widzi marnie.
To nie żadne
czary - mary,
lecz
specjalne okulary.
Noktowizor
to wojskowy –
wynalazek
epokowy!
Łatwiej
będzie mu wieczorem,
kury kraść z
noktowizorem.
Ale, co tam
noktowizor.
Najważniejszy
- telewizor!
Teraz rudy
nasz Nikita
za pilota
dziarsko chwyta;
szuka filmu
o przyrodzie,
lecz te
filmy nie są w modzie.
A nadają
wciąż reklamy,
przerywane
serialami.
Dzień za
dniem trwa oglądanie,
ciągle
program po programie.
Stale,
wieczór po wieczorze,
lis ma nos w
telewizorze.
Wszystko
wyjadł ze spiżarni
i resztkami
już się karmi.
Telewizja
jak zaraza!
Każdy
przodek na obrazach
aż ze złości
zielenieje,
że Nikita im
głupieje.
Lecz Nikita
reklamami
wielce jest
oczarowany.
Telefony
komórkowe,
różne leki,
ponoć zdrowe.
Wszystko
piękne na reklamie,
gdyż reklama
nic nie kłamie.
Gdy
nieboszczyk lek zażyje,
na ekranie
wnet ożyje!
Dalej: piwo,
kosmetyki,
coca – cola
z Ameryki,
w puszkach
mięso, w puszkach ryba –
reklamują
wszystko chyba.
Pełna reklam
lisia głowa,
więc
plecaczek swój spakował,
by też
jeszcze tego lata –
do wielkiego
trafić świata.
Nie pomogły
nic przestrogi,
gdy
opuszczał nory progi.
Słyszał więc
na pożegnanie,
ciche
przodków swoich łkanie.
- Milczeć
proszę, tam w portretach,
wszak
kieruje mną podnieta!
Na
przestrogi jest za wcześnie,
ja żyć muszę
nowocześnie!
Piękna jest
cywilizacja.
Ja chcę do
niej! Moja racja!
A do siebie
warknął z cicha:
- Jam
bezpieczny jest do licha,
bo amulet
mam po dziadku,
który
strzeże od wypadków…
Wnet z
rodzinnej okolicy,
trafił lisek
do stolicy.
Wydawało się
Nikicie,
że miał
będzie lepsze życie.
A tu tylko
wielkie domy,
czarny
asfalt i betony.
Wszędzie
hałas, samochody
i się spalin
kłębią smrody.
Te
mieszczuchy się nie znają –
za ułudą
ciągle gnają.
Człowiek
myśli, że tkwi w niebie,
a ofiarą
jest dla siebie…
Lis przemykał
się nocami,
bo strach
biegać ulicami.
On się boi
samochodów,
a i w
brzuchu burczy z głodu.
Zjadł już
wszystkie swe zapasy –
i kurczaka i
kiełbasy.
Choć jest z
lisa łakomczuszek –
pusty
plecak, pusty brzuszek.
Nie był
przestróg przodków pomny –
został lisem
więc bezdomnym.
Nie pomogła
mu, niestety,
głupia wiara
w amulety!
Tu
przestroga dla was taka:
Marny umysł
jest młodziaka,
bo gdy
starszych młódź nie słucha,
niech
burczenia słucha brzucha!
Chodzi lisek
po podwórkach,
przy
śmietniku spotkał szczurka.
- Nie
widziałeś tutaj czego
do
zjedzenia, mój kolego?
- Dla mnie –
szczura wielka gradka
grzebać w
śmieciach i odpadkach,
ale nie wiem
– ciągnął wątek –
czy coś
strawi twój żołądek.
Lecz
podobasz bardzo mi się,
zagubiony w
mieście lisie.
Widzę, żeś
jest w wielkiej biedzie.
Pomyślimy o
obiedzie.
Tyś
włamywacz do kurników,
nic ci zatem
do śmietników.
Pozostały
nam, niestety,
nowoczesne
więc markety.
Są to sklepy
gigantyczne,
wszystko tam
jest zagraniczne.
Z rzadka
można w nich, kolego,
znaleźć czasem
coś polskiego.
Wiem gdzie
można się tam schować,
nocną porą
pobuszować.
Nie czekając
ani chwili,
do marketu
popędzili.
Poprzez
różne tu zaułki
I podwórka,
jakieś murki,
wnet stanęli
przed tym sklepem,
który zwą
supermarketem.
Choć
ochroniarz trzyma wartę,
często drzwi
są tu otwarte.
Jakieś pudła
tam taskają.
Szczurek z
liskiem nie czekają,
wnet do
środka się dostali,
po czym
skrzętnie się schowali.
Gdy nad
miastem noc zapadła,
obaj wyszli
szukać jadła.
Będąc między
regałami,
lis
zaświecił aż ślepiami.
- Oto jakby
raju brama!
Ale towar!
Jak w reklamach!
Lis z
zachwytem bystro zerka
na puszeczki
i pudełka.
Tu inaczej
niż w kurniku –
kaczki,
gąski są w plastiku.
Nawet chleb
jest foliowany!
Lecz ten
chleb się zdaje na nic,
a to właśnie
z tej przyczyny,
że się
kruszy jak trociny.
Piekarz
dodał – nie inaczej –
zagraniczne
pogarszacze!
Nawet
porcje, te z królików
zaklejone są
w plastiku.
Już Nikita
chce zajadać,
ale szczurek
zaczął gadać:
- To
jedzenie plastikowe
nie jest
dobre ani zdrowe.
Ja, po krótkim
go jedzeniu,
mam trzy
krosty na siedzeniu…
Holenderską
widać szynkę,
dalej duńską
wieprzowinkę.
Tu
hiszpańskie stoją dżemy,
a tu
szwedzkie leżą kremy,
tam
niemieckie znów słodycze.
A skąd mięso
jest indycze?
Lis już
chciałby konsumować
i wszystkiego
popróbować.
- Zostaw
lisie te indyki!
Przyszły one
z Ameryki.
To jedzenie
zagraniczne
„majstrowane”
genetycznie!
Wuj zjadł
kiedyś geny żmii
- do
żywności je włożyli.
Żywność się
„modyfikuje”,
więc
wujaszek… jadem pluje.
A stryj
najadł się pszenicy
i jak świnia
teraz kwiczy,
bo tam były
geny wieprza –
tak tę
żywność się ulepsza…
Zobacz teraz
mój Nikito,
tu masz
żywność wyśmienitą.
Tu kiełbaska
jest krakowska;
w smaku ona
niemal boska!
Stoi dżemik
tu z Łowicza –
wszystkich
smakiem on zachwyca.
Jest
wędlinka też z Łukowa,
zagraniczna
niech się schowa!
Oto miodzik,
nasz - z Lublina,
boski nektar
przypomina.
Tam oscypek
jest z Podhala,
tu się nie
ma co użalać.
Jedz,
Nikito, więc do syta.
Polska
żywność – znakomita!
Wnet najadły
się zwierzaki
i napchały
swe plecaki
tym
jedzeniem wyśmienitym.
Szczurek
mówi do Nikity:
- Teraz to
się nam udało,
najedliśmy
się niemało;
ale tu jest
wręcz, bezsprzecznie,
czasem
bardzo niebezpiecznie.
Lis mu na to
odpowiedział:
- Chętnie
dłużej bym tu siedział,
lecz Warszawa
mi nie służy,
więc nie
mogę zostać dłużej.
Niech się
tutaj co chce, dzieje.
Jutro wracam
w leśne knieje!
Tęsknię ja
za swoją jamą
i za wioską
ukochaną.
Wracam,
gdzie powietrze czyste
i jeziorko
przezroczyste.
Tam, gdzie
świerszczyk gra na smykach
i gdzie
widać trud rolnika.
Gdzie
radośnie szumią drzewa
i ptaszyna
tęsknie śpiewa.
Tam, gdzie
zapach ornej ziemi
i perłami
rosa mieni;
gdzie po
burzy cudną tęczą
niebo spięte
jak obręczą.
Już nie mogę
w mieście dłużej…
Za zielonym
tęsknię wzgórzem,
gdzie krzyż
zmaga się z wiatrami
zwycięskimi
ramionami.
Gdzie tak
pachną zżęte żyta –
tam ma
ziemia rodowita…
Szczur
pokiwał na to głową,
pobiegł z
lisem na Bemowo.
Stąd jest
szosa wylotowa
do leśnego
Zaborowa.
Dalej jedna,
druga wioska
i już
Puszcza Kampinoska.
- Żegnaj
szczurku przyjacielu!
Lis
przyjaciół nie ma wielu.
Ty pomogłeś
w wielkiej biedzie,
więc się na
mnie nie zawiedziesz.
Na przyjaźni
tej początek,
przyjedź do
mnie w ten zapiątek.
Idź na
zachód po tej szosie,
aż się
znajdziesz w Kampinosie.
Później w
lewo, na Zamczysko,
gdzie jest
lisie uroczysko.
Wnet się
znajdziesz w mojej norze,
bo ta nora
znana w borze.
Lis był w
lesie przed wieczorem.
Wpierw
przewietrzył swoją norę.
Teraz,
bardzo wychudzony,
pod
pierzynką śpi zmęczony.
Rano zaś przed
portretami
stanął lis z
przeprosinami.
Postanowił
całkowicie
zmienić
odtąd swoje życie.
Będzie
starszych zawsze słuchał
i na zimne
teraz dmuchał.
A przodkowie
już od rana,
widzą, jaka
jest przemiana
w ukochanym
ich Nikicie.
Wreszcie
zmądrzał całkowicie.
Widzą
wnuczka w swych zaletach
i się cieszą
na portretach.
Lis utrwalił
się w poglądach
i już reklam
nie ogląda.
Zamiast tego
– bajki czyta,
to lektura
znakomita!
Po poglądów
swoich zmianie,
dziś ogląda
na ekranie
dobranockę
doskonałą,
by się w
puchach lepiej spało.
Ma Nikita
powiedzenie:
-
Najważniejsze niekrzywdzenie.
Kochać
wszystkich i szanować,
by samemu
się radować.
Je sałatki i
kluseczki,
i chrupiące
też bułeczki.
Śpią
spokojnie więc kokosze,
bo Nikita
jest jaroszem.
Trudno może
w to uwierzyć,
lecz się
kłania, jak należy
czcigodnemu
kogutowi,
by dać wyraz
szacunkowi.
A gdy zbliża
się niedziela,
w progach
wita przyjaciela.
Z
warszawskiego wprost podwórka –
często gości
teraz szczurka.
Muszę liska
teraz cenić,
bo nie każdy
chce się zmienić.
Gratuluję
więc Nikicie,
że odmienił
swoje życie.
Ktoś, kto w
błędzie tkwi na stałe,
bardzo
głupim jest bęcwałem.
Lecz gdy
błąd swój ktoś zrozumie,
może żyć
spokojnie w dumie!
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz