WĘGLARZE
Był czas, że
węgiel stanowił podstawowy materiał opałowy. Nie tylko domki jednorodzinne i
stare kamienice wyposażone były w piece opalane węglem. Nowo budowane
bloki w latach pięćdziesiątych, a nawet później, choć posiadały już centralne
ogrzewanie, to kuchnie, na których gotowano, w większości były na węgiel.
W Ursusie skład opałowy znajdował się, jak w każdym innym mieście, przy torach
kolejowych. To był duży plac wielkości boiska sportowego. Stanowił szeroką i
głęboką nieckę, ogrodzoną drewnianym parkanem. Zza płotu dochodziło przez cały
dzień szuranie łopat, przytłumiony odgłos sypiącego się węgla, przekleństwa
furmanów i rżenie koni. Wozacy mijając bramę wjeżdżali swoimi furmankami w
głęboką dolinę i zza ogrodzenia tylko po beretach woźniców można było określić
pozycję każdego zaprzęgu. Plac nie miał od początku utwardzonego podłoża i
węglarze wraz z brykietami, grysikiem i koksem wywieźli i sprzedali czarną od
miału ziemię, aż wreszcie dokopali się do litej skały, z której już trudno było
cokolwiek uszczknąć. Choć niektórzy z właścicieli furmanek umieli zaledwie
pisać i czytać, to liczyć i kantować nauczyli się doskonale.
Ciężka to była harówa dla ludzi i koni. Węglarze codziennie ładowali po kilka
furmanek i niejednokrotnie na własnych plecach nosili ogromne kosze opału do
piwnic. Konie, często mokre od potu, z pianą na pyskach, musiały ciągnąć
przeciążone fury, czasem po grząskim błocie. Wtedy kopyta ślizgały się po
śliskim podłożu i znać było pod skórą wszystkie mięśnie, jakże wyrobione od
ciężkiej pracy, jak atletyczne w porównaniu ze smukłą budową ciała koni
wierzchowych.
Furmani, ci prości ludzie, pracowali tak znojnie, że rzadko mieli zrozumienie
dla swych czterokopytnych partnerów. Niejednokrotnie używali bata, a w
niektórych, szczególnie nietrzeźwych, wstępował szatan i dostawali amoku.
Tłukli wtedy konie bez opamiętania i zdarzały się awantury z przechodniami
stającymi w obronie zwierząt, a nawet interwencje milicji. Węglarze pili dużo i
często. W ich twardych jak stal i wielkich łapskach musztardówka wyglądała jak
kieliszek w ręku przeciętnego człowieka.
Pili, ale na drugi dzień przychodzili do pracy i jak gdyby nigdy nic, znowu
machali swoimi wielkimi szuflami, znów taszczyli ogromne kosze węgla po
stromych piwnicznych schodkach. Było w nich coś diabolicznego. Z czarnych od
pyłu węglowego twarzy błyszczały białka przemęczonych oczu. Jednak choć to
naprawdę twardzi ludzie, z natury nie byli źli, ich szorstkość wypływała nie z
cech charakteru, raczej z ciężkich warunków egzystencji. Mieli swoją etykę
zawodową i niepisane prawa tworzące kodeks honorowy. Spory między sobą
rozstrzygali nie w sądzie, a w pojedynkach. Na baty. Takie pojedynki odbywały
się w miejscach ustronnych, z dala od wścibskich oczu. Świadkami mogli być
tylko inni węglarze.
Czasy się zmieniały. Z wolna zaczęła wkraczać nowoczesność i na składach
pojawiły się pierwsze ciężarówki. Najpierw oczywiście państwowe Lubliny i
Stary, które dowoziły węgiel do kotłowni. Choć tak samo, jak furmankę trzeba
było naładować drewnianą skrzynię ciężarówki przy pomocy łopaty, to kierowcy
patrzyli z góry na wozaków, dumni ze swoich maszyn.
Ciężarówka to było coś! I choć wozacy nie przyznawali
się głośno, to jednak w głębi duszy zazdrościli zawadiackim szoferakom ich
fantazji i szybkości, z jaką mogli jeździć. Co z tego, że ówczesne samochody
ciężarowe miały słabe silniki i często zawodziły. Czasem przeciążone nie dawały
sobie rady na stromych podjazdach, tonęły w błocie na kiepskich polskich
drogach. Kiedy taka ciężarówka ugrzęzła, to dopiero była atrakcja dla młodych
chłopców. Zbiegali się z okolicy, by popatrzeć, chętni do pomocy na każde
skinienie dziarskiego szofera. Znosili kamienie, gruz, kawałki desek, aby tylko
zdobyć uznanie pana kierowcy. Czasem koła długo i bezradnie kręciły się w
miejscu, bezskutecznie mieląc błoto. Wreszcie smyki nawrzucali pod opony tyle
różności, że samochód z wyciem silnika ruszał centymetr po centymetrze i
osiągał twardy grunt. Wtedy kierowca zabierał w nagrodę dwóch, trzech urwisów
do szoferki i wiózł ich w stronę przeznaczenia ładunku. Radość była
wielka. Wracali później dumni, przebywając pieszo nawet kilka kilometrów, ale
warto było. Po takich emocjach umysły rozpalała wyobraźnia i każdy, gdy
dorośnie, chciał zostać kierowcą. Furmanem nikt. Być może dlatego łobuziaki
zaczęli naśmiewać się z woźniców i robić im najrozmaitsze psikusy. Kiedy wozacy
znosili węgiel do piwnicy jakiś urwis potrafił naśladując głos furmana szorstko
krzyknąć: „wio!”. I wtedy ciężka fura odjeżdżała kilkanaście metrów dalej, aż
mądre koniska zorientowały się, że nikt nimi nie powozi. Nie pomagało
przywiązywanie lejców do drzewa, bo zawsze można je było odwiązać. Ileż to razy
węglarze ganiali nicponi po podwórkach. Zawsze jednak z małym skutkiem, choć
niejednemu łobuziakowi dostało się końcem bata po nogach.
Zdarzyło się kiedyś, że wozacy przywieźli węgiel pod umówiony adres, lecz nie
zastali klientki. Zniecierpliwieni długim czekaniem pod blokiem przywiązywali
lejce do słupa, koniom zaś dali owsa. Sami udali się na piwo do pobliskiej
knajpy.
Całą scenę obserwował niejaki Jaśko Ulbricht. Był to wyjątkowy hultaj, który
nie mógł przepuścić takiej okazji. W szkole nie błyszczał zbytnią pilnością i
często powtarzał klasy, jednak umysł miał niezwykle twórczy. Do psot i kawałów.
Jego szelmostwa znane były szeroko w okolicy.
Jasio spokojnie czekał na moment, kiedy nie było nikogo na podwórku. Wówczas
bacznie rozglądając się na boki cicho podszedł do fury i odpiął jednego konia z
zaprzęgu. Jak wprowadził tego perszerona na klatkę schodową, a następnie na
drugie piętro bloku zamieszkałego przez kilkadziesiąt rodzin, tego już się nie
dowiemy. Czy nikt nie słyszał walenia końskich, solidnie podkutych kopyt o
betonowe schody?
Fakt pozostaje faktem, że ten wybryk Jasia urósł do miary anegdoty, a ta
przeżyła swojego bohatera. Na tym historia się nie kończy, bo oto węglarze
przyszli sprawdzić, czy jest już klientka. Odbiorczyni węgla jeszcze nie było,
co gorsza stwierdzili brak konia. Dalejże biegać po podwórkach, rozpytywać
ludzi. Wreszcie sam koń, słysząc znajome przekleństwa, zarżał głośno. Odgłos
radosnego rżenia ze znacznej wysokości wprowadził wozaków w osłupienie i
przerażenie.
Mimo przekleństw, jakich nie powstydziłaby się dzisiejsza, wychowywana
bezstresowo młodzież, ciężkie konisko nie chciało ruszyć do tyłu ani na krok.
Nie pomagały prośby, groźby i przekupstwo. Koń nie dał się skorumpować cukrem i
połówką wiadra piwa. Wypił, bo lubił, ale nie chciał, bał się, a może nie mógł
tyłem schodzić w dół. Koniec, kropka.
Przybyła na miejsce milicja spisała protokół i wezwała straż pożarną. Strażacy,
nawykli do gaszenia pożarów, teraz bezradnie biegali po schodach. Zdarzało im
się zdejmować wystraszonego kota z drzewa. Ale ściągać podchmielonego konia z
drugiego piętra?
Wreszcie wrócił z pracy lokator mieszkania, w stronę którego perszeron zwrócony
był pyskiem. Życzliwy człowiek zgodził się na niecodzienną wizytę. Przeprowadzono
więc rumaka przez przedpokój, gdzie kopytami pościągał chodnik, następnie duży
pokój, w którym wraz z trzymającym go za uzdę wozakiem zrobił rundę naokoło
stołu, a następnie tą samą drogą wyszli na klatkę schodową i dalej na parter.
W ciągu kilkugodzinnej akcji sprowadzania zwierzęcia koń nie zanieczyścił
siedziby ludzkiej. Cuchnące moczem klatki schodowe, przystanki autobusowe, a
nawet środki masowej komunikacji doprowadzają do smutnej refleksji, że koń bywa
znacznie kulturalniejszy od człowieka.
Dyżurny Psychiatra Kraju
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz