KRZYŻ
Kiedyś była tu niezbyt szeroka szosa z Pruszkowa do Warszawy. Czasem
przejechała furmanka, czasami przemknął samochód. Ale częściej spotykano zające
uganiające się po polach kalafiorów, marchwi i kapusty, z rzadka tylko
poprzecinanych łanami złocistych zbóż. Szaraki miały tu przysmaków w bród.
Choć w oddali widać było Warszawę z górującym nad nią Pałacem Kultury, to cisza
była tu i spokój. Nad polami uwijały się pszczoły zbierające nektar, w
powietrzu leciutko unosiły się setki kolorowych motyli, a w krzewach bzów,
dzikich róż i kępach olszyny śpiewały ptaki. Właśnie te zielone wyspy wolno
rosnących drzew i krzewów były mekką wagarowiczów i par zakochanych. I ja tu
przychodziłem ze swoją dziewczyną na długie spacery. Aby dotrzeć do tego raju,
przechodziliśmy z Irenką obok stacji końcowej kolejki WKD we Włochach i
brukowaną ulicą dochodziło się do szosy pruszkowskiej. Tu było skrzyżowanie.
Dalej w kierunku Rakowa bruk przechodził w polną drogę. Systemem dróg
gruntowych, po których z rzadka tylko przejeżdżał skrzypiący konny wóz, można
było dotrzeć do Szczęśliwic, albo idąc w przeciwnym kierunku do Okęcia lub
Opaczy. Ale zatrzymajmy się na skrzyżowaniu. Tu w niewielkiej odległości od
szosy, stał krzyż. Wielki – jak nam się wydawało – poszarzały już ze starości
drewniany krzyż. Stał majestatycznie, górując nad wszystkim dookoła, sławiąc
chwałę Chrystusa.
To były czasy mrocznej komuny, kreującej materializm jako podstawę wszelkich
przejawów rzeczywistości. A mimo to prawie wszyscy przejeżdżający tamtędy
żegnali się pobożnie. Każdy, kto przechodził w pobliżu, zdejmował czapkę z
uszanowaniem. I nam przypominał o grzechu cudzołóstwa, dlatego spacer zostawał
tylko spacerem, aczkolwiek święci nie byliśmy, o nie.
Kiedyś spotkaliśmy przy krzyżu staruszkę zmieniającą kwiaty w glinianym
wazonie. Zapytałem, ile ten krzyż ma lat. I choć pamiętała go od dzieciństwa,
nie potrafiła odpowiedzieć. Na zakończenie rozmowy powiedziała tylko: stary już
jest i widział tutaj niejedno!
O tak. Obok tego krzyża, już 8 września 1939 roku zaczęły gromadzić się zagony
10 armii niemieckiej, by następnego dnia uderzyć na Warszawę. W tym ataku
hitlerowcy ponieśli klęskę. Czołgi, którym udało się wedrzeć na ul. Grójecką,
już stamtąd nie wracały.
W pięć lat później szosą obok krzyża
pędzono kolumny warszawiaków do obozu w Pruszkowie. Ileż nadziei dawał ten
samotny krzyż wynędzniałym, głodnym i rannym ludziom z ruin powstańczej
Warszawy? Bo on stał niczym nie zwyciężony, bohaterski generał na naszym
polskim szańcu z rozpostartymi ramionami, jakby chciał objąć, utulić i dodać
otuchy każdemu z tysięcy warszawiaków idących na poniewierkę, w nieznane jutro.
Później, aż do zimy 1945 roku snuły się dymy zmieszane z jesiennymi mgłami
wokół starego krzyża, skąd rozpościerał się widok umierającej
stolicy. Hitlerowcy bowiem, wbrew aktowi kapitulacji Warszawy
wyburzali i wypalali kamienice z niemiecką dokładnością ulica po
ulicy, kwartał po kwartale, zostawiając pustynię gruzów. Aż przyszedł czas,
kiedy resztki germańskich barbarzyńców pierzchały w popłochu przed armią
sowiecką i polską szosą do Pruszkowa i dalej, skąd przyszli.
Mijały lata. Szosę pruszkowską przebudowano w dwupasmową jezdnię, stanowiącą
przedłużenie Alei Jerozolimskich. W latach dziewięćdziesiątych rejony po obu
stronach jezdni zabudowano. Kiedyś tereny te należały do polskich rolników czy
badylarzy – jak ich tutaj nazywano. Obecnie właścicielami stały się obce
koncerny. Nowe geszefty powstają jak grzyby po deszczu. Jadąc od granicy
Warszawy, aż do Dworca Zachodniego nie ma już nic polskiego. No, za wyjątkiem
Jednostki Prewencji Policji, która może posłużyć do rozpędzenia demonstracji
przeciwko przejmowaniu Polski przez Izraelitów.
Rok dwutysięczny. Krzyż już nie góruje nad okolicą. Niknie w tle zagranicznego
biurowca, wyglądając jak dwa krzyżujące się patyczki. Zdawałoby się, że jest
kruchy wobec potęgi ludzkiej myśli technicznej i pieniądza. I znowu wokół
krzyża snują się dymy. To smog z tysięcy rur wydechowych jadących Alejami
samochodów, wymieszany z jesienną mgłą. W bezpośredniej bliskości krzyża
wybudowano aż cztery super czy hiper markety. Do jednego z nich trzeba przejść
obok krzyża, który niejedno już widział. Codziennie tysiące ludzi maszeruje
obok po zakupy. Wracają tą samą drogą obładowani siatami. W niedzielę tłumy są
większe, gdyż ludzie przyjeżdżają tu całymi rodzinami. Lecz krzyża nie
dostrzegał już prawie nikt.
Mamy rok 2017. Krzyża już prawie nie widać. Ponieważ kłuł w oczy właścicieli
sąsiednich geszeftów, których przodkowie zamordowali Chrystusa, krzyż szczelnie
osadzono tujami. Teraz żydzi nie mają dyskomfortu oglądania symbolu kaźni
Jezusa.
W przeddzień Wszystkich Świętych niekończący się potok ludzki obładowany torbami wiktuałów, zgrzewkami piwa. Nowi warszawiacy będą świętować! Święto wielu spędzi z browarem w łapie z nochem w telewizorach, oglądając wspaniałe reklamy przerywane serialami. Niektórzy wyjadą na jeden dzień odwiedzić groby bliskich,.
W przeddzień Wszystkich Świętych niekończący się potok ludzki obładowany torbami wiktuałów, zgrzewkami piwa. Nowi warszawiacy będą świętować! Święto wielu spędzi z browarem w łapie z nochem w telewizorach, oglądając wspaniałe reklamy przerywane serialami. Niektórzy wyjadą na jeden dzień odwiedzić groby bliskich,.
Zapaliłem lampkę pod starym krzyżem, z którym jestem związany emocjonalnie.
Zmarzłem solidnie długo obserwując nowoczesnych Polaków. Nikt nie zdjął czapki
z uszanowaniem. Nikt się nie przeżegnał. A przecież każdy chciałby mieć krzyż w
miejscu swojego pochówku. Może mniejszy, ale zawsze. Czy tylko po to, aby
mówił: - Przechodniu, tu spoczywa katolik?
Stary weteran, poszarzały krzyż stoi nadal na swoim szańcu i jak generał
rozkazuje: - Polaku, zatrzymaj się. pomyśl chwilę! Ale czy ktoś go usłyszy?
Dyżurny Psychiatra Kraju
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz