WIGILIJNA OPOWIEŚĆ
Dzisiaj Gołąbki to gęsto zabudowane osiedle na zachodnim skraju Warszawy. Ale
dawniej były uroczą podwarszawską osadą zatopioną w zieleni ogródków. Centrum
Gołąbek stanowiły stare wille i domy szacownych rodzin przedwojennej warszawskiej
inteligencji. Tu miał swój dworek premier i minister skarbu RP, pan Władysław
Grabski. Tu również mieszkał aż do śmierci w 1953r. prezydent Stanisław
Wojciechowski. Obaj ci panowie to wybitni polscy narodowcy, czego nie można
powiedzieć o ich prawnuczce niejakiej Małgorzacie Kidawie-Błońskiej. Zresztą
przed wojną Gołąbki były miejscem osadnictwa ludzi z obozu narodowego, dlatego
tu niegdyś panował wspaniały, patriotyczny klimat.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, na pustych parcelach
zaczęli budować swoje domki nowi przybysze. Niektórzy wcześniej sprzedali swoje
gospodarstwo rolne, by szukać lepszego życia w mieście. I nas los obdarzył
szczodrze wspaniałymi sąsiadami. Byli to państwo Marciniakowie, ludzie wyjątkowi.
Nigdy nie przedkładali własnych korzyści nad interes innych, a dobro ogółu
liczyło się bardziej niż własne.
Dziadek Marciniak był ogrodnikiem. W Gołąbkach każdy miał ogród i wszyscy czuli
się po trosze ogrodnikami, ale przychodzono, by oglądać wyhodowane przez
dziadka porzeczki. Były to krzewy z owocami wielkości winogron. Pamiętam, że
każdy chciał mieć takie kiście owoców u siebie, toteż ludzie przyjeżdżali
czasem z odległych stron, by zdobyć choć jedną szczepkę z niezwykłej rośliny.
Tajemnica sukcesu polegała na tym, że dziadek Marciniak wkładał całe swoje
serce we wszystko co robił. Pamiętam, że każdą roślinę dotykał delikatnie, z
ogromną czułością. Tak jakby kąpał i przewijał niemowlę.
W gołąbkach, wbrew socjalistycznej doktrynie dotyczącej sprawiedliwości
społecznej, widać było dysproporcje majątkowe mieszkańców. Na naszej ulicy,
naprzeciwko willi żydowskiej rodziny prawników i posiadłości właściciela
garbarni, miała swoją chatkę babcia Listkiewiczowa. Chatka, to wyrażenie dość
wytworne jak na określenie drewnianej budki obitej papą.
Babcia żyła z uprawy truskawek. Jej poletko nie było zbyt wielkie, dlatego
dochody pani Listkiewicz ledwo wystarczały na nędzną wegetację. Babuleńka
musiała utrzymać jeszcze psa, który z pełnym poświęceniem pilnował biedy.
Stare, rude, wierne psisko mieszkało w beczce obok domku. Patrząc z daleka na
elementy tej małej architektury, trudno było rozstrzygnąć, czy to beczka
czworonożnego Diogenesa była tak wielka, czy też chatka taka maleńka.
Mijały lata. Coraz trudniej było uprawiać babci swoje poletko i z każdym rokiem
staruszka stawała się coraz bardziej przygarbiona. Chyliła się ku ziemi, jakby
ta ziemia chciała ją wchłonąć, jakby upominała się o swoją własność. Stara
kobieta nie poddawała się, aż przyszła wczesna i mroźna zima. Staruszka raz na
kilka dni brnęła przez zaspy do sklepu po chleb. Duma i upór w walce z własną
bezsilnością nie pozwoliły jej prosić o pomoc sąsiadów.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Ludzie pochłonięci przygotowaniami do świąt,
opętani manią zakupów zapomnieli o biednej kobiecie. Ale nie wszyscy. Oto w
mroźny wieczór wigilijny, kiedy pani Marciniakowa zgodnie z tradycją ustawiła
na stole pusty talerzyk, jej mąż ubrany już odświętnie, podreptał po starą
samotną kobietę.
Pani Listkiewicz spędziła po raz pierwszy od wielu lat uroczystą wieczerzę
wśród prawdziwych przyjaciół, ze wspaniałą katolicką rodziną. Nikt wtedy nie
wiedział, że była to jej ostatnia Wigilia. Tej zimy jeszcze wiele razy
staruszka przychodziła na łyżkę gorącej strawy, a w największe mrozy
pomieszkiwała nawet u państwa Marciniaków.
Obrazy tamtych lat stają się niewyraźne jak pożółkłe amatorskie fotografie,
których autor zapomniał ustawić ostrość obiektywu. Twarz pani Listkiewiczowej
zasnuta woalem niepamięci jest niewidoczna. Ale wyraźnie widzę jej ręce,
pomarszczone, z wyraźnymi czarnymi bruzdami. Palce spękane od ciężkiej pracy
liczą grosiny za łubiankę pięknych, soczystych, połyskujących czerwienią
truskawek.
W zakamarkach pamięci widzę dziadka, jego charakterystyczny chód, słyszę
pochrząkiwanie wśród aromatycznych róż i niespotykanych porzeczek. I jeszcze
jawi mi się Aniela Marciniak, cicha inspiratorka szlachetnych poczynań.
Dziś, w dobie braku autorytetów moralnych, w świecie przepełnionym egoizmem,
zdawałoby się łatwiej znaleźć kwiat paproci niż wrażliwe ludzkie serce. Dlatego
nie szukajmy autorytetów wśród bękartów antychrysta w diabelskiej telewizji,
kolorowych żydowskich piśmidłach, komputerach. Szukajmy ich wokół nas –
prostych ludzi. I niech smutek nas opuści, bo Chrystus na świat przychodzi!
A kiedy na stałe zamieszka w naszych sercach, sami będziemy autorytetami
moralnymi.
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz