SPADOCHRON
Lotnictwo
fascynowało mnie od dziecka. Pierwszy samolot ujrzałem będąc jeszcze brzdącem w
Ostrołęce. Leciał sobie z południowego zachodu wzdłuż Narwi i nim zniknął za
horyzontem trwało to wiele minut. To był dwupłatowy „kukuruźnik”, któremu niepotrzebne
było prawdziwe lotnisko. Mógł wystartować z każdej, w miarę równej łąki.
Później, co jakiś czas, gdy usłyszałem charakterystyczny odgłos silnika,
biegłem co sił w nogach nad brzeg rzeki, by móc jak najdłużej oglądać
powietrzną maszynę. Dla mnie nie było nic wspanialszego w znanym dotychczas
świecie.
Samolot nie
latał codziennie. Może raz albo dwa w tygodniu, a ja zawsze na brzegu Narwi
witałem go machając rękoma i wrzeszcząc coś do pilota. Byłem przekonany, że
mnie słyszy. Starsi chłopcy naśmiewali się ze mnie. Tłumaczyli, że huk silnika
jest tak duży, iż pilot nawet ze swoim pasażerem może porozumieć się tylko
przez radio. Ale te tłumaczenia nie trafiały do mnie.
Minęły dwa,
może trzy miesiące, aż któregoś letniego słonecznego dnia pilot zniżył lot i
zobaczyłem jak i on macha ręką. To dopiero była radość! Po raz pierwszy w życiu
poznałem uczucie dumy. Od tej pory lotnik prawie zawsze robił to samo.
Poczułem, że mam prawdziwego przyjaciela, bohatera przestworzy, który lecąc
gdzieś daleko, pozdrawia mnie serdecznie.
Nadeszła
jesień. Coraz częściej nad rzeką snuły się mgły, a niebo zakryte było chmurami.
Wreszcie któregoś słonecznego dnia znowu wybiegłem na odgłos znajomego dźwięku.
Machałem rękoma, krzyczałem. W pewnym momencie zauważyłem, że pilot coś
wyrzucił. Zawiniątko leciało w moją stronę najpierw jak kamień, później
rozwinęła się biała chusta i kołysząc się lekko osiadła na ziemi. Do
miniaturowego spadochronu przywiązana była papierowa torba. Taka zwykła, szara
torebka, jakie były wtedy w sklepach, a w środku zielone cukierki. Miętowe.
Jednak zanim zajrzałem co jest w torebce, patrzyłem jak zahipnotyzowany z
uśmiechem wielkiej radości za oddalającą się maszyną, którą kierował mój
nieznajomy, ale jakże bliski przyjaciel i która unosiła się coraz wyżej i
wyżej, aż mały punkcik zlał się z lekką mgiełką i tylko po cichym brzęczeniu
motoru wiedziałem, że jest tam gdzieś w przestworzach. Jakże byłem wtedy
szczęśliwy…
Później
samolot przeleciał tą samą drogą jeszcze dwa, może trzy razy i nie zobaczyłem
go więcej. Czy tęskniłem? – nie pamiętam. Ale ten nieznany pilot drobnym
gestem, ale jakże wielkim zarazem, rozpalił w małym chłopcu wspaniałą
namiętność: miłość do lotnictwa. Miłość na całe życie.
Następnego lata
byłem już warszawiakiem. No, takim prawie. Teraz codziennie widywałem dużo
samolotów. To były wielkie pasażerskie maszyny, które majestatycznie
podchodziły do lądowania na Okęciu. Nie były tak romantyczne jak stare
aeroplany czy małe zwinne myśliwce, to jednak przyglądałem się im z nadzieją,
że kiedyś sam zasiądę za sterami takiej maszyny.
A może by tak
samemu zrobić spadochron? Do dzisiaj rodzina wypomina mi, że zepsułem ojcu
największy parasol. Należy jednak pamiętać, że czasem wielkie dzieło tworzenia
musi poprzedzić dzieło zniszczenia. Tak więc po usunięciu zbytecznych drutów i
zupełnie niepotrzebnej drewnianej rączki, otrzymałem wspaniałą czaszę, do
której przyszyłem linki będące wcześniej sznurem do bielizny. Jako obciążenie
posłużył kawałek dziurawej cegły. Wszedłem na balkon, rzuciłem do góry i czasza
rozwinęła się, opadając łagodnie na trawę. Spadochron działał bez zarzutu, ale
czegoś mi brakowało. Ceglany obciążnik to przecież nie spadochroniarz! Po domu
pałętał się dorastający kociak Sonio. Były też inne koty, ale waga Sonia była
zbliżona do kawałka cegły. Przeto rozebrałem lalkę swojej siostry z serdaczka i
nałożyłem kotu. Pasował. Po związaniu linek i przeciągnięciu pod serdaczkiem
Sonio został spadochroniarzem. Pierwszy skok bywa szokiem dla skoczków, toteż
nie dziwota, że Sonio nawiewał przerażony, drąc pazurami murawę na zakrętach.
Jednakże dezercję miał utrudnioną. Nie mógł biedak rozwinąć większej prędkości,
gdyż czasza otwierała się zwalniając rejteradę. Zresztą ucieczka była daremna,
bowiem spadochron zawsze o coś zaczepiał i kilka minut później kociak ponownie
tęsknił za twardym gruntem pod łapami. Być może Sonio zdobyłby sławę, może
zostałby kotem cyrkowym, ale nie chciał zrozumieć, że trening wymaga poświęceń.
Jego częste ucieczki do sąsiadki na działkę ogrodzoną drutem kolczastym
spowodowały, że czasza spadochronu uległa podarciu i dalsze skoki stały się
niebezpieczne. Sonio gieroj, a ja?
Ja miałem za
daleko do aeroklubu i nikt nie chciał mi pomóc, bym mógł rozwijać swoją pasję.
Szkoda.
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz