MALEC I WETERANI
Gołąbki. Pierwsze powojenne miesiące. Smutek i radość. Dla jednych były żałobą
po stracie najbliższych, dla innych szczęściem spotkań, nieraz po kilku latach.
To był czas powrotów. Wracali wyniszczeni więźniowie obozów koncentracyjnych i
kombatanci z bagażem ciężkich przeżyć. Przyjeżdżali w mundurach rozmaitych
fasonów, kolorów, z różnych armii. Jednak najwięcej było tych z Zachodu z
naszywką POLAND na rękawie. Niektórzy okaleczeni, bez oka czy nogi, najczęściej
zastawali niepełne rodziny. Czasem nikt na nich nie czekał.
Pierwsi, którzy wrócili, rzucali się natychmiast w wir odbudowy Ojczyzny, dając
przykład tysiącom polskich tułaczy, których Zachód zwyczajnie zdradził. Polski
żołnierz był dobry na frontach, kiedy bohatersko walczył. Po wojnie ci ludzie
stali się bezużyteczni, dawano im wręcz do zrozumienia, że są niepotrzebni.
Niezwykle barwną postacią wśród weteranów był pan Stachera, znany bardziej pod
przydomkiem Montekasino. Wprost z radzieckiego łagru trafił do armii Andersa,
by później z II Korpusem zdobywać klasztor na Monte Cassino. Wielokrotnie
ranny, odznaczony orderem Virtuti Militari, był chyba najbardziej tragiczną
postacią bohatera w naszej osadzie. Ciężko doświadczony przez wojnę, nie chciał
być żebrakiem na Zachodzie. Popadł w alkoholizm. Pił dużo i często, ale jakoś
inaczej niż czynią to współcześni pijacy. Nie używał wulgaryzmów, zawsze nosił
stary sfatygowany, ale odprasowany mundur z przyszytymi baretkami. Dużo ich
było.
Montekasino często przesiadywał u szewca Krawczyńskiego i po raz setny
opowiadał mu swoje przeżycia, od czasu do czasu pociągając z butelczyny. Kiedy
mama wysyłała mnie z butami, siadałem w kąciku ciasnego warsztatu. Godzinami
mogłem słuchać opowieści Stachery i przyglądać się pracy rzemieślnika. Oto
wprawne ręce wycinają podeszwy ze świeżej, pachnącej skóry. Następnie sprawne,
jak u magika palce nakłuwają otworki, w które wprawnym ruchem szewc wbija
drewniane szpilki. Na zakończenie mistrz pokrywa lakiem obcasy, poleruje buty
do glansu i oddaje za drobną opłatą. Na moich oczach dokonywał się niemalże
cud. Stare schodzone trepy zmieniły się w trzewiki jak nowe, tyle że
wygodniejsze.
Pod wpływem opowiadań Stachery i dzieła Krawczyńskiego wracałem do domu z
wypiekami na twarzy. I nie wiedziałem, czy lepiej zostać kiedyś bohaterem jak
Montekasino, czy szewcem.
Ulica Jasna. Tu miał kiedyś swoją budę Kazio Obrzympała. Fryzjer. Wysoki,
wesoły mężczyzna mocno utykał na jedną nogę. To pamiątka z okupacji. Lubił
wypić kieliszek, dwa. Nigdy więcej, a to – jak mawiał – z troski o uszy
klientów. Za to chętni do strzyżenia, czekając w kolejce, nie żałowali sobie.
Zakład pana Kazimierza pełnił także, a może głównie, funkcję klubu
kombatanckiego. Tu weterani regularnego wojska i konspiracji opowiadali swoje
wojenne przygody. Czasem była już ciemna noc, a z budki Kazia Obrzympały
dochodził głośny śmiech, niekiedy wojskowe pieśni.
Wizyta u fryzjera była dla mnie i innych basałyków wielkim przeżyciem.
Lubiliśmy tu przychodzić, szczególnie w długie zimowe wieczory. Blask ognia z
blaszanego piecyka wesoło migotał na ścianach i suficie, a my
wyobrażaliśmy sobie, że to błyski wybuchów bomb i granatów.
Niektórzy opowiadali tak sugestywnie, że czasem małe serduszko huncwota
przeszywał strach, to znowu radość, by za jakiś czas poczuć ból cierpienia. Tu
naprawdę słyszało się odgłosy artylerii, pikujących samolotów, terkot broni
maszynowej. Nigdy nie zapomnę opowieści pewnego kresowiaka, który z przejęciem
opowiadał, jak po opuszczeniu ZSSR przez armię Andersa znalazł się na
pustkowiach Iranu.
- Panowji, a jaki tam dziki byli! Kuchcik niewieli miał co do kociołka wrzucić,
to my ustawili na willisi erkaem i hajda w to bezludzi. Patrzym – jest,
odyniec, psia jucha, wielki jak nasz dżip.
- Ja prui, a on panie – wiei. - Ja prui chalercia – on wiei!
- Ja mu odstrzelił nogu, a on wiei – panie!
- No i co, no i co? – ktoś zapytał niecierpliwie.
- No i źwiał – psia jucha, panie!
Będąc w budce Kazia Obrzympały, pragnąłem zostać fryzjerem. Być może dlatego,
aby móc słuchać codziennie wspaniałych opowieści. Tymczasem ustępowałem miejsca
w kolejce każdemu, kto tylko zechciał. I czasem w zakładzie zostawał tylko
fryzjer, malec i weterani…
Cezary Piotr Tarkowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz